Stowarzyszenie ORLA ROTA

Niezależni w Służbie dla Polski

Kategoria: Szponem

  • Pakt migracyjny – powrót do przeszłości

    Pakt migracyjny – powrót do przeszłości

    Od kilku dni trwa zmasowana kampania propagandowa mediów mainstreamowych w sprawie rzekomego sukcesu rządu w odsunięciu realizacji paktu migracyjnego, w tym zwolnienia nie tylko z obowiązku relokacji, ale też innych obciążeń solidarnościowych. Wieczorem 12 listopada media z satysfakcją ogłosiły, że uwieńczeniem starań rządu polskiego stało się uzyskanie w KE promesy na złożenie wniosku o wyłączenie Polski z jakichkolwiek zobowiązań w tej kwestii i że faktycznie taki wniosek został właśnie złożony. W międzyczasie jednak, w tle negocjacji wewnątrzkomisyjnych toczona była medialna „podgotowka” – z ciągle zmieniającymi się priorytetami co do beneficjentów paktu i listami krajów znajdujących się pod presją migracyjną. Enuncjacje prasowe doskonale zaciemniły obraz negocjacji i to w taki sposób, że wnikliwy obserwator wydarzeń mógł poczuć się zdezorientowany co do tego, które kraje ostatecznie wskazane zostały jako zagrożone presją migracyjną i jakie skutki przynosi to pozostałym państwom wspólnoty. W mediach polskich dominował przekaz o korzystnych rzekomo rekomendacjach dla naszego kraju, ale jednocześnie zabrakło oceny sytuacji wypracowanej przez największego beneficjenta paktu – Niemiec. Jak się okazuje – właśnie zapowiedzi rozwiązań dla Niemiec mogą okazać się kluczowe dla naszego kraju. Warto tutaj dokonać krótkiej rekapitulacji kierunków przekazu medialnego z ostatnich dni wraz z towarzyszącymi temu wypowiedziami ważnych polityków.

    Już w dniu 10 listopada TVN24 z radością przypomniała, iż wkrótce odbędzie się posiedzenie Parlamentu Europejskiego poświęcone sprawozdaniu rocznemu w sprawie dotyczącej azylu i migracji oraz ustanowieniu rocznej puli solidarnościowej – dla poszczególnych krajów członkowskich. Według autorów należało się spodziewać, iż Komisja przyjmie korzystne dla Polski rekomendacje – powołując się na fakt oddziaływania na nasz kraj presji migracyjnej  – jako czynnika wykluczającego objęcie nas przymusową relokacją. Podobnie korzystne miały być rozstrzygnięcia w zakresie zwolnienia Polski z innych mechanizmów solidarnościowych – takich jak świadczenie finansowe za nieprzyjętych migrantów czy udzielanie wsparcia operacyjnego innym krajom zagrożonym wspomnianą presją. W materiale stacji sugerowano wprost, iż spodziewać się można świadczeń ze strony innych państw właśnie względem Polski jako beneficjenta – ze względu na aktualny wkład w zabezpieczaniu granicy białoruskiej i przyjęcie w przeszłości dużej liczby Ukraińców. Argumentacja ta wpisywała się we wcześniejszą retorykę mainstreamu i wypowiedzi oficjalnych, m.in. premiera i przedstawicieli MSWiA z pierwszej połowy października. Już wtedy łączono kwestie „zwolnienia” Polski od przymusowej relokacji z podejmowaną ochroną granicy zewnętrznej UE oraz zaostrzeniem przepisów wizowych i azylowych.

    Zapowiedź potraktowania Polski jako beneficjenta została boleśnie zweryfikowana już w dniu następnym (11 listopada), kiedy to KE ustami wysokiego komisarza ds. migracji Magnusa Brunnera – wskazała własną rekomendację co do krajów uznanych za zagrożone szczególną presją migracyjną. I niestety nie wymieniało się tu Polski, ale Cypr, Grecję, Włochy i Hiszpanię. Nasz kraj znalazł się na liście 12 państw zagrożonych presją migracyjną (Belgia, Bułgaria, Niemcy, Estonia, Irlandia, Francja, Chorwacja, Łotwa, Litwa, Niderlandy, Polska i Finlandia) z powodu wysokiej liczby przyjazdów lub ryzyka wykorzystania migracji jako broni.

    Kolejny dzień (11 na 12 listopada) przyniósł kolejne zmiany w postrzeganiu rekomendacji KE ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji Niemiec przed wypracowaniem decyzji Rady UE. Portal medialny Tagesschau poinformował, że przedstawiciele KE zapewniają o „uldze/pomocy dla Niemiec”. Zdaniem portalu – Niemcy będą mogły wystąpić o zwolnienie od przyjmowania uchodźców do końca 2026 roku, tych którzy przybyli poprzez inne państwa członkowskie. Mogą powoływać się na fakt, iż w tej chwili obsługują dużo wniosków o azyl, za które powinny odpowiadać inne państwa wspólnoty. Wg przywoływanej opinii KE – Niemcy nie będą uczestniczyć w innych formach solidarnościowych. Portal podkreśla, że wg KE Niemcy wraz z Niderlandami, Belgią i Francją należą do grupy państw, które w przyszłym roku znaleźć się mogą pod szczególnie dużą presją migracyjną. Dużą – ze względu na znaczną liczbę przybywających do kraju osób oraz przeciążenie systemu administracyjnego. Z kolei Polska (wg portalu) oraz Austria, Bułgaria, Czechy, Estonia i Chorwacja znajdują się w sytuacji nasilonej presji (kategoria niżej w nomenklaturze paktowej – przyp.), więc mogą ubiegać się o całkowite lub częściowe zwolnienie z unijnego mechanizmu solidarnościowego ze względu na obciążenia z ostatnich 5 lat (w tym wrogie działania Rosji i Białorusi). Użyte sformułowania nie zostały „zauważone” przez polskie media choć stanowią ważny element negocjacyjny przed Radą UE. Stało się oczywistym, iż intencją będzie tu formalne utrwalenie założenia, iż Niemcy znalazły się w stanie nadzwyczajnego obciążenia ze względu na niewypełnienie przez inne państwa członkowskie obowiązków przyjmowania i rejestracji migrantów.

    Już w  tym miejscu warto zwrócić uwagę na pewien element swobodnego łączenia pojęć związanych z migracjami, które łatwo przenikają ze sfery publicystycznej do bardziej lub mniej oficjalnych (choć wciąż jednostronnych) zapewnień władz państwowych. Dotyczy to choćby argumentu o powiększaniu „poziomu bezpieczeństwa” Polski w efekcie restrykcji administracyjnych wobec cudzoziemców czy skutecznego odpierania ataku hybrydowego z Białorusi. Argumenty te akceptowane powszechnie w polskiej przestrzeni publicznej (jako dowód na duże obciążenie Polski i stałą presję wrogiego państwa) niekoniecznie znajdują zrozumienie wśród opinii publicznej czy polityków innych krajów członkowskich. Podobnie wywołują niewielki oddźwięk wśród przedstawicieli biurokracji unijnej – którzy co prawda „wyrażają uznanie” dla polskich wysiłków, ale też przy okazji podkreślają swoje aktualne wsparcie finansowe (np. przy ochronie polskiej granicy wschodniej). Z kolei od kilku miesięcy zauważyć można swoistą kampanię propagandową na temat polskiego wzrostu gospodarczego i towarzyszącej temu wzrostowi zamożności indywidualnej Polaków, wraz ze spodziewanym zaproszeniem do grupy G-20. Co charakterystyczne – w odniesieniu do samych Ukraińców w Polsce nie sygnalizuje się z ich strony obciążeń, które aktualnie generowałyby problemy dla polskiej polityki azylowej czy uchodźczej. W odróżnieniu od migrantów w krajach zachodnich – Ukraińcy w Polsce przedstawiani są jako grupa łatwo asymilująca się i per saldo przynosząca korzyści państwu z racji aktywności zawodowej, podatkowej czy demograficznej.

    Zupełnie inaczej wygląda perspektywa krajów zachodnich zgłaszających całe spektrum problemów związanych z obecnością wielkich grup migrantów z innych kierunków, głównie północnej Afryki czy Bliskiego Wschodu. Najbardziej jaskrawym jest tu przykład Niemiec – gdzie kwestia „odciążenia” wielkich ośrodków miejskich (generalnie całego kraju), stała się najbardziej zaognioną przestrzenią sporu politycznego o kapitalnym znaczeniu dla ciągłości tamtejszej koalicji rządzącej. Co charakterystyczne, ostatnie stwierdzenia kanclerza: „Mamy problem w krajobrazie miejskim” oraz „zapytajcie swoje córki”, pomimo wyraźnego wydźwięku rasistowskiego (również kwestii bezpieczeństwa osobistego obywateli), utrwaliły się już w tamtejszej przestrzeni publicznej. Podobnie jak szeroka dyskusja o sposobach szybkiego zawrócenia kilkuset tysięcy migrantów do Syrii (jako kraju już bezpiecznego?) czy też odcięcia gros świadczeń społecznych. Również w bieżącym roku wyraźna była aktywność narracyjna urzędu kanclerskiego po publicznej „obietnicy” relokacji/zwrotów cudzoziemców z Niemiec bezpośrednio do krajów sąsiednich (poza paktem), co wywołało zresztą opór m.in. w postaci polskiego Ruchu Obrony Granic.

    Skala „problemu migracyjnego” identyfikowanego obecnie w Niemczech (i dopuszczonego do dyskusji publicznej) przez wszystkie tamtejsze ugrupowania polityczne obrazuje determinację do wpływania na kształt i tempo rozwiązań unijnych. Decyduje tu bowiem nie tylko siła i skuteczność oddziaływania największego państwa wspólnoty na kraje sąsiednie w ramach relacji bilateralno-migracyjnych (doświadcza to Polska). Największe znaczenie miała tu bez wątpienia możliwość przeforsowania paktu migracyjnego jako całościowego (opartego na rzekomym konsensusie) rozwiązania dla państw pragnących „rozładować” wewnętrzną presję migracyjną kosztem innych krajów wspólnoty. 

    W tym miejscu warto skupić się na łatwości manipulowania samymi procedurami paktu migracyjnego w korelacji z wewnętrznymi wydarzeniami stricte politycznymi. Wskazać tu można na przykład zmiany terminów zaprezentowania ważnego punktu harmonogramu wdrażania paktu – Sprawozdania i listy oceniającej, które państwo dotyka presja migracyjna oraz jak ustanowić pulę solidarnościową. Według artykułu TVN24 (w oparciu o informacje Business Insider) dokonano „przesunięcia” sprawozdania (z października na listopad) ze względu na wybory w Holandii!. Media mainstreamowe pisały wprost: „…zostało to przełożone z powodu wyborów w Holandii”, które odbyły się 29 października. Holandia prawdopodobnie będzie musiała przyjąć migrantów lub dokonać wkładu finansowego” (TVN24). Bez wątpienia jest to wyraźne i zupełnie otwarte potwierdzenie czynnika pozamerytorycznego w procedurach struktur europejskich (na takie źródła powołują się ww. media). Sygnalizuje się bezpośrednią korelację prac Komisji i Rady z wytworzeniem „korzystnego” klimatu politycznego w państwie członkowskim. Najlepiej może to zobrazować artykuł z innego poczytnego tytułu w Polsce – komentującego przegraną w Holandii  tzw. skrajnej prawicy Geerta Wildersa (Partia Wolności). Tytuł komentarza Rp.pl z 30 października „Wynik wyborów w Holandii nadzieją dla Europy” koresponduje z dalszą oceną, że: „nowy rząd będzie musiał sprostać wyzwaniom, których nie udało się pokonać populistycznym poprzednikom”.

    Powyższe przykłady i całościowe tło forsowanego paktu migracyjnego stanowiły ważny czynnik wpływający na postrzeganie zjawisk dotykających sytuacji naszego kraju. Istnieją bowiem wyraźne wskazania na bezpośrednią korelację procesów decyzyjnych UE z czynnikami wewnętrznymi w krajach członkowskich, w tym siłą oddziaływania ruchów społecznych. W tym też kontekście nie można było wykluczyć nawet takich elementów jak terminarz ważnych wystąpień masowych obywateli RP – krytycznych wobec paktu migracyjnego. Przywołać tu można choćby manifestację patriotyczną w Warszawie z okazji Święta 11 Listopada, która odniosła się w części przekazu do niekorzystnych planów migracyjnych UE. Jej znaczenie wykroczyło znacznie poza skalę protestu z 11 października – wydarzenie z pewnością obserwowane przez polskie i zagraniczne ośrodki decyzyjne.

    Pozorne odsunięcie w czasie (rzekomo na rok) polskich obowiązków relokacji czy świadczeń w ramach paktu na rzecz migrantów może okazać się jedynie zabiegiem doraźnym. Wyraźnie „rozmycie” listy beneficjentów-płatników unijnego mechanizmu solidarnościowego potwierdzać może jedynie nierealność paktu przynajmniej w najbliższej perspektywie czasowej. Prezentowane ostatnio listy (zmieniające się) krajów objętych szczególną presją oraz zagrożonych nasiloną presją obejmuje aż kilkanaście krajów spośród 27 państw członkowskich. W tej sytuacji trudno spodziewać się po stronie państw pozostałych szczególnej atencji do obciążenia ich kosztami i skutkami relokacji, świadczeń finansowych i pomocy operacyjnej. Bez wątpienia taka właśnie będzie  konstatacja Rady UE, która określi „mgliście” zarówno obowiązki państw członkowskich in gremio, jak też perspektywę czasową indywidualnych obciążeń. Częściowo potwierdzają to ostatnie wypowiedzi przedstawicieli KE, którzy mówią już o „elastyczności” systemu i indywidualnej ocenie sytuacji poszczególnych państw członkowskich bez odwołań do reżimów czasowych typowych przy implementacji innych dyrektyw unijnych.

    Bardziej istotna z punktu widzenia polskich interesów strategicznych i bieżących interesów bezpieczeństwa, pozostaje kwestia utrwalenia w pragmatyce i nomenklaturze prawnej UE założenia, iż w konkretnym przypadku Niemiec zachodzi obciążenie presją migracyjną ze względu na niewywiązywanie się z obowiązków azylowych krajów sąsiednich. Właśnie tutaj otwiera się formalna ścieżka do sformułowania roszczeń np. wobec Polski. Celem tych działań może być wezwanie do zgody na zwrot niechcianych migrantów, przybyłych rzekomo z terenu Polski. W tej sytuacji, poza „zawieszonym” de facto mechanizmem paktu w perspektywie jedno lub nawet wieloletniej – tworzy się podstawy do transferu migrantów w skali przekraczającej znane nam zjawisko od wiosny 2025 roku. Kluczowe więc pozostaje tu stanowisko rządu polskiego w zakresie akceptacji konkluzji KE w sprawie źródeł „zewnętrznych obciążenia” Niemiec przed Radą UE. Bez wątpienia bezrefleksyjne zaakceptowanie wspomnianych „źródeł obciążeń” wywołać musi konsekwencje w postaci zgody na masową relokację niechcianych migrantów do Polski, w skali przewyższającej dotychczasowe incydenty monitorowane choćby przez Ruch Obrony Granic. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że represje dotykające działaczy ROG czy choćby sygnalizowane redukowanie obsady placówek WOT na granicy niemieckiej, stanowią swoiste preludium takich właśnie wydarzeń.

  • Kilka nieoczywistych refleksji o rzekomo „oczywistym braku podstaw aktu oskarżenia” w sprawie Sławomira N.

    Kilka nieoczywistych refleksji o rzekomo „oczywistym braku podstaw aktu oskarżenia” w sprawie Sławomira N.

    Bulwersująca informacja o umorzeniu przez Sąd Rejonowy dla Warszawy – Mokotów „polskiego wątku” afery Sławomira N. może być początkiem sekwencji wydarzeń o znaczeniu wykraczającym poza ramy tego konkretnego postanowienia, które nadal pozostając tylko elementem większej całości związanej z określonymi osobami i interesami, będzie zapewne rezonować politycznie i biznesowo, nie tylko na potrzeby wewnętrznej polityki, ale również układów o międzynarodowym zasięgu. Obserwujmy ten proces, w końcu jesteśmy społeczeństwem obywatelskim, któremu władza nie jest w stanie mimo zręcznych zabiegów odebrać autonomiczności myślenia i wyciągania logicznych wniosków. Tym bardziej, że po 13 grudnia 2023 r. zjawisko oczyszczania środowiska trzymającego obecnie ster władzy nie jest dla obywatela zaskoczeniem, powstaje tylko pytanie, na ile można zrobić to cicho, bez opinii publicznej, która przy właściwej konstelacji zdarzeń nie zauważy narzucającej się korelacji. Znany nam instruktaż ze słynnej polskiej komedii: „Nigdy do niczego się nie przyznawaj, złapią cię pijanego w samochodzie, to mów, że nie piłeś, znajdą ci dolary w kieszeni, to mów, że to pożyczone spodnie, a jak cię złapią na kradzieży za rękę, to mów, że to nie twoja ręka. Nigdy się nie przyznawaj”, nie tylko nie traci dziś na aktualności, ale doczekał się odmian, w których plątanina interesów ludzi władzy uważających się za bezkarnych, odstręcza zwykłego obywatela swoją niegodziwą pomysłowością w kwestionowaniu lub relatywizowaniu obowiązującego porządku prawnego, a także oburza zuchwałością obłudy. Ktoś powie, że tak było zawsze. Zapewne tak się zdarzało, ale nie w stopniu godzącym w fundamenty praworządności jak to ma miejsce obecnie, tj. w stopniu uniemożliwiającym bezpieczne funkcjonowanie państwa jako całości.

    Spróbujmy stworzyć swój instruktaż, w którym wystarczy – przynajmniej na początek –  wyeksponować dwie tylko kwestie: wybór metody „oczyszczania” i polityczny klimat działania, żeby dalsze nasze obserwacje kontynuowane po wydaniu tego bulwersującego postanowienia Sądu, uczynić bardziej wnikliwymi, ponieważ na jednym umorzeniu na pewno się nie skończy. Niestety przy takich sprawach odnosi się wrażenie, że ktoś steruje pozakodeksowym mechanizmem „dekryminalizacji czynów” w indywidualnej sprawie, który skutecznie ma uratować konkretną osobę lub całe środowisko od odpowiedzialności karnej, ale również i politycznych konsekwencji, a nie jest to doprawdy środowisko nieznaczące.  I nie chodzi tylko o niegdysiejszy Klub Rekinów, ale dużo szersze kręgi ze sfery polityczno-biznesowej, które ze zrozumiałych względów nie chcą być kojarzone z tą sprawą. Pamiętajmy, że już zostało zapowiedziane na portalu X przez Sławomira N. –  „Wymiar sprawiedliwości wstaje z kolan. To nie koniec mojej wojny… Szkoda tylko tych lat i zrujnowanego życia…” – dlaczego mamy nie wierzyć, że to dopiero początek wojny?

    Niewątpliwie obecnie kołem napędowym wskazanego wyżej mechanizmu, choć może zabrzmi to dla niektórych groteskowo, będzie informacja z komunikatu Prokuratury, że: Pojawiająca się w mediach kwota 4 milionów złotych nie została zabezpieczona u oskarżonego Sławomira N., jak również, że ciążące na nim zarzuty: oparte były na wyjaśnieniach Jacka P., któremu prokuratura przedstawiła zarzuty prania brudnych pieniędzy oraz łapownictwa. Jacek P. skorzystał z dobrodziejstwa art. 60 § 3 kpk, ale o tym jeszcze będziemy pisać nieco później. Oczywiście nie jest to nic odkrywczego, że mechanizm działa na korzyść „wybrańców”, którym niewątpliwie jest Sławomir N., ale nie można zapominać, że także „ośmieli” innych, którzy gotowi zrobić nie jedno, żeby uniknąć odpowiedzialności – i właśnie na tym również polega demontaż praworządności. I nie chodzi o wydawanie przedwcześnie medialnych wyroków czy odmawianie komuś prawa do sprawiedliwego osądzenia, ale wskazywanie mechanizmów, które mogą prowadzić do bezkarności, a tym samym zachęcać do korupcji w kręgach władzy. W tym przypadku przyjrzyjmy się możliwościom, jakie daje metoda solidnie wmontowana w procedurę postępowania karnego, tj. umorzenie przed rozpoczęciem głównej rozprawy, w ramach formalno-prawnej kontroli sądowej aktu oskarżenia, które umożliwia umorzenie sprawy na podstawie uprawomocnionego postanowienia Sądu. W wydanym w tej sprawie komunikacie Prokuratury Okręgowej w Warszawie czytamy: W dniu 19 września 2025 roku przed Sądem Rejonowym dla Warszawy – Mokotowa w Warszawie o godz. 14:30 odbyło się posiedzenie wstępne w  sprawie oskarżonych Sławomira N., Leszka K. , Wojciecha T. i Dariusza K. Posiedzenie zostało zakończone wydaniem przez Sąd postanowienia o umorzeniu postępowania na podstawie art. 339 § 2 pkt 1 k.p.k., wobec stwierdzenia oczywistego braku podstaw aktu oskarżenia. Z uwagi na obszerność materiału Sąd odroczył na 7 dni wydanie uzasadnienia postanowienia do dnia 26 września 2025 roku (https://www.gov.pl/web/po-warszawa/sadowe-umorzenie-sprawy-w-zakresie-czesci-watkow-przeciwko-slawomirowi-n),

    Już w tym miejscu trudno zrozumieć, na jakich oczywistych brakach oparto postanowienie, ale na pewno postaramy się zidentyfikować wątpliwości z nim związane. Na wstępie warto zaznaczyć, że podana w komunikacie, jakby nie było na rządowym portalu, podstawa prawna umorzenia tj. art. 339 § 2 pkt 1 k.p.k, jest wyjątkowo zagadkowa, bo wedle oficjalnych źródeł ISAP i innych, przepis ten jest uchylony, krótko mówiąc nie istnieje. Wskazujemy tę okoliczność, ponieważ już na stracie odnosi się wrażenie, że „bałagan” i nowatorstwo tego postanowienia mogą nas jeszcze mocno zaskoczyć również przy tworzeniu zapowiadanego przez Prokuraturę uzasadnienia. Oczywiście obywatel poszukujący może uznać, że przepis istnieje (np. błąd publikatorów) albo że nie istnieje i sam dojść do wniosku, że mogło w komunikacie chodzić o art. 339 § 3 pkt. 2 k.p.k,. Jednak bez względu na jego mniemanie, wymiar sprawiedliwości powinien trzymać się „wersji” posiadającej rzetelne oparcie w przepisach prawa, tym bardziej, że postanowienie już istnieje – i być może sami jego twórcy nie zakładają, że mogło być ono wydane z naruszeniem prawa procesowego.

    Załóżmy, że Sędziemu, pozostającemu jeszcze w okresie asesury, a więc na początku sędziowskiej kariery, faktycznie chodziło o stwierdzenie oczywistego braku podstaw aktu oskarżenia, o którym mowa w art. 339 § 3 pkt. 2 k.p.k., to jednak wiele kwestii w tej sprawie jest obarczonych wątpliwościami, nad którymi nie można przejść bezrefleksyjnie. Na początek od razu nasuwa się pytanie, czy dokonany wcześniej podział na wątek polski i ukraiński, nie jest obecnie zręcznie wykorzystywany w mechanizmie „oczyszczania” Sławomira N.? O wątku tym  donosił ówcześnie PAP że: Byłego ministra oskarżono również o pranie brudnych pieniędzy. Chodzi o blisko 8 mln zł. Oskarżenie dotyczy też okresu, kiedy Nowak pełnił funkcję szefa gabinetu politycznego premiera Donalda Tuska oraz ministra transportu i gospodarki morskiej. Według śledczych polityk miał przyjąć co najmniej 320 tys. zł łapówek w zamian za pomoc w uzyskaniu intratnych stanowisk i kontraktów w państwowych spółkach. Jest też oskarżony o przyjęcie 760 tys. zł łapówki za zorganizowanie spotkania przedstawicieli spółki deweloperskiej z władzami miasta Gdańska., a zupełnie niedawno przypomniał Onet, że: Chodziło w nim o rzekome załatwianie posad w spółkach Skarbu Państwa za tzw. pierwszych rządów Platformy w zamian za łapówki. Według prokuratury Nowak wziął pieniądze m.in. od Jacka Krawca, za którym miał się wstawić, gdy ten ubiegał się o fotel szefa PKN Orlen. Krawiec również został zatrzymany w 2020 r., ale sąd nie zgodził się na areszt dla niego. Jak widać po wskazanych wyżej anonsach trudno ten wątek nazwać nieznaczącym, dlatego postanowiliśmy przekazać kilka wątpliwości, które mogą stanowić przyczynek do dalszego monitoringu „losów” spraw z udziałem Sławomira N.

    Przede wszystkim wątpliwości rodzą się z samych komunikatów Prokuratury i Ministra Sprawiedliwości, w których operuje się argumentami wydającymi się spajać całość sprawy, a nie tylko wątek polski, wyodrębniony dopiero w 2023 r. Z cytowanych komunikatów Prokuratury można odnieść wrażeniem, że przyczyny umorzenia zostały „wypreparowane” z całości materiału dowodowego – i dotyczą tylko dwóch kwestii mogących uzasadnić umorzenie. Chodzi o miliony niezdeponowane w domu Sławomira S. i zeznania Jacka P., który skorzystał z możliwości złagodzenia wyroku dzięki temu, że został małym świadkiem koronnym – co prawdopodobnie ma przed wydaniem uzasadnienia przez Sąd utwierdzić opinię publiczną w przekonaniu, że podstawa umorzenia jest „oczywista”. A przecież znajomość z Jackiem P. była długoletnia (media podają, że co najmniej od 2010 r.) i owocowała wspólnymi interesami, trudno sobie więc wyobrazić, że jego zeznania dotyczyły tylko jednego wątku i nie zostały wykorzystane przez organy ścigania do zdobycia innych dowodów. Ewidentnie mamy jednak uwierzyć, że w tzw. wątku polskim sprawstwo Sławomira N. oparto wyłącznie na zeznaniach osoby niewiarygodnej, za jaką może według Sławomira N. i jego obrony uchodzić mały świadek koronny, który ma motywację, żeby manipulować informacjami, w celu uzyskania korzystniejszej sytuacji procesowej i ten argument prawdopodobnie podnosiła obrona. Podobnie rzecz ma się z gotówką znalezioną w meblach, która wcale nie musi odnosić się wyłącznie do wątku polskiego, a może również dotyczyć korzyści wynikających z procederu łapówkarskiego, jak i prania brudnych pieniędzy na przestrzeni wielu lat, również obejmujących działalność Sławomira N. w Ukrawtodorze. A tymczasem sugeruje się w komunikatach, że trudno doszukać się oczywistego związku Sławomira N. z czynem zabronionym, ponieważ nie miał on fizycznego kontaktu z pozyskanymi milionami, gdyż nie były one zdeponowane u niego w domu – co ma prowadzić do wniosku, że Sąd oceniając akt oskarżenia, nie znalazł dowodów na jego sprawstwo (sic!). Nie trzeba specjalnie wyjaśniać, że wyciąganie przed nawias adresu zdeponowania środków pieniężnych jest co najmniej niepoważne – z reguły sprawca ukrywa korzyść i maskuje swój udział w procederze, nie trzymając w domu środków pochodzących z przestępstwa. Zakładamy więc, że w warstwie medialnej wskazany wyżej komunikat i wypowiedzi Ministra Sprawiedliwości miały uśpić uwagę przede wszystkim dziennikarzy, którzy przynajmniej na początku przekazywali informację, że najważniejszy wątek „ukraiński” jest prowadzony oddzielnie i nie ma powodów obawiać się, że będzie umorzony.

    Na tym etapie nie możemy niczego przesądzić, w końcu wskazane wyżej wątpliwości mogą być wyłącznie efektem bałaganu i braku profesjonalizmu, o którym już pisaliśmy, odwołując się do podstawy prawnej umorzenia wskazanego przez Prokuraturę. Mając jednak na uwadze, że również nie sposób wykluczyć, że pozostałe wątki, jeszcze nierozpoznane przez Sąd, mogą korzystać z tych samych osobowych i rzeczowych źródeł dowodowych, co właśnie umorzony tzw. wątek polski, wskazanych wątpliwości nie powinno się bagatelizować. Tym bardziej, że inne gremia pracują nad mechanizmem oczyszczania ludzi władzy m.in. Sejmowa Komisja Śledcza do spraw tzw. Pegasusa, która stara się podważyć legalność kontroli operacyjnej urządzenia końcowego. Nie można więc wykluczyć, że po zdeprecjonowaniu zeznań małego świadka koronnego, zakwestionowaniu dowodów z kontroli  i pojawieniu się jeszcze innych „nieoczekiwanych” okoliczności mających wpływ na ocenę materiału dowodowego, ani się opinia publiczna nie spostrzeże, jak wątek ukraiński też będzie pretendował do umorzenia.

    Kolejny element w rozpoznawaniu mechanizmu „oczyszczania” dotyczy samej procedury, dla której tak istotne pozostają opisane wyżej kwestie pieniędzy i małego świadka koronnego. W końcu Sędzia dopatrzył się w akcie oskarżenia braków uniemożliwiających dalsze prowadzenie postępowania sądowego (sic!), a to oznaczałoby, że w akcie oskarżenia były błędy i braki, których wcześniej nie zauważyli prokuratorzy, a najbardziej zaskakujące, że również sami sędziowie, którzy oceniali materiał dowodowy i wydawali postanowienia w przedmiocie zastosowania tymczasowego aresztowania, poręczenia czy też innych środków zapobiegawczych. I nie tylko wobec Sławomira N., ale też innych osób. Dla lepszego zrozumienia tego kuriozalnego postanowienia wskażmy, że umorzenie w związku z oczywistym brakiem podstaw aktu oskarżenia powinno dotyczyć „błędów oczywistych” – w orzecznictwie wyraźnie akcentuje się, że przy wykazywaniu braku podstawy do dalszego prowadzenia sprawy należy wyodrębniać „kryterium oczywistości”, które nie budzi wątpliwości, że w tym przypadku sprawa prowadzona byłaby „na siłę”, a i tak zakończyłaby się umorzeniem. To istotne założenie, ponieważ sąd kontrolując akt oskarżenia nie powinien wartościować dowodów, rozstrzygać w przedmiocie ich sprzeczności czy wiarygodności zeznań świadków, ponieważ temu dedykowana jest główna rozprawa sądowa, w której na podstawie obszernego materiału dowodowego, jaki w tej sprawie zgromadzono, sąd rozstrzygałby w zakresie pojawiających się wątpliwości, stawiając sobie za cel dotarcie do prawdy materialnej również poprzez konfrontację dowodów. Aż trudno uwierzyć, żeby takie zasadnicze braki występowały w tej sprawie, zważywszy, że Sąd miał wiedzę o zidentyfikowanej grupie (z ustalonymi rolami poszczególnych jej członków), jej sposobie działania i zabezpieczonych środkach pieniężnych, posiadał dowody na „porozumienie członków” oraz ekspertyzy potwierdzające wiarygodność ustaleń, więc jak w tym stanie rzeczy można umorzyć postępowanie z oczywistego braku podstaw aktu oskarżenia? Próbując przyjąć ten tok myślenia, może nieco ironicznie, ale też nie bez merytorycznego wysiłku, trzeba byłoby założyć wersję zupełnie irracjonalną, że w tej sprawie oskarżony nie mógł popełnić przestępstwa, ponieważ okazało się, że wszystkie przypisywane mu działania dotyczyły innego Sławomira N., np., zamieszkującego Kamczatke albo że w postępowaniu przygotowawczym absolutnie nie skorzystano z żadnych innych osobowych i rzeczowych źródeł dowodowych. Z kolei sam akt oskarżenia oparto na fakcie, że kwotę 4 milionów złotych znaleziono poza miejscem zamieszkania oskarżonego, z czego powinno się wnioskować, że nie mógł tego przestępstwa popełnić, a jedynym świadkiem jego udziału jest pomawiający go dawny znajomy. A przecież już z doniesień medialnych i publikacji pochodzących z materiałów sprawy, o czym była mowa powyżej, wiemy, że zebrano wiele dowodów na potwierdzenie udziału Sławomira N. – łącznie z ekspertyzą grafologiczną i zabezpieczeniem śladów DNA. Oczywiście nikt na tym etapie nie twierdzi, że wszystkie ustalenia są bez zarzutu, ale właśnie istniejące wątpliwości w tym zakresie determinują rozpoczęcie rozprawy głównej, podczas której można zweryfikować wszystkie podnoszone przez obronę argumenty co do rzetelności ustaleń faktycznych, poczynionych w trakcie postępowania przygotowawczego. Powyższe wątpliwości mocno ugruntowują pogląd, że w tym przypadku art. 339 § 3 pkt. 2 k.p.k. nie powinien być zastosowany.

    Zakończenie postępowania w tzw. wątku polskim umorzeniem nasuwa rozumnemu obywatelowi podejrzenia, że sprawa mogłaby mieć zbyt duży zasięg i być kosztowna politycznie i dlatego zdecydowano się na ten „procesowy manewr”. Umorzenie sprawy jest nie tylko optymalnym zakończeniem dla oskarżonego, ale również wszystkich, którzy występują w sprawie i których nazwiska i  koliczności nie będą „zaprzątały” uwagi szerszej opinii publicznej. Mogłaby ona nie tylko wyodrębnić w tym zestawie grupę osób „wspierających się” w układach polityczno-biznesach, ale również mieć pod społeczną lupą ich nowe aktywności w aparacie władzy czy też biznesie (np. w spółkach skarbu państwa). Prawomocne umorzenie w tym przypadku kończy definitywnie sprawę, w której zgodność sędziego, obrony i prokuratora może potwierdzać pogląd o skuteczności mechanizmu „oczyszczania” ludzi związanych z władzą. Wiadomo, że obrona w imieniu oskarżonego nie będzie żalić postanowienia o umorzeniu, skoro sama o nie wnioskowała, natomiast postawa Sądu ignorującego wskazane wyżej zasady związane z kontrolą aktu oskarżenia przed rozprawą główną, stanowisko Prokuratura uchylającego się od zażalenia, są wyjątkowo zagadkowe. Opublikowany w mediach fragment protokołu z  osiedzenia Sądu nie pozostawia wątpliwości, że przynajmniej podczas posiedzenia Sądu prokurator jednoznacznie stwierdził: Prokurator: przychylam się do wniosku o umorzenie postępowania. Oświadczam, że Prokuratura nie będzie skarżyć decyzji Sądu  o umorzeniu postępowania. W przypadku gdyby Sąd nie zdecydował się na umorzenie, wnoszę o dokonanie zwrotu sprawy Prokuraturze. Na pewno wnikliwego obywatela może dziwić taka postawa, dlaczego Prokurator już zakładał, że nie będzie składać zażalenia, chociaż logika podpowiada, że powinien bronić efektów pracy Prokuratury, wykonanej w postępowaniu przygotowawczym. Dlaczego deprecjonuje razem z obroną materiał dowodowy? I co więcej, w sytuacji w której Sąd nie zdecydowałby się na umorzenie, składa wniosek do protokołu o zwrot sprawy do Prokuratury, dając tym dodatkowo do zrozumienia, że nie chce dopuścić do rozprawy głównej przed Sądem. Idąc tym tokiem rozumowania, nie możemy wykluczyć, że Prokurator, składając takie oświadczenie, był zdeterminowany do samodzielnego umorzenia z braku podstaw do wniesienia aktu oskarżenia albo istnienia negatywnej przesłanki procesowej, gdyby sam Sąd na posiedzeniu niejawnym nie zdecydował się umorzyć sprawy. Dla Sławomira N. (i innych osób) to wyjątkowy „łut szczęścia” – ostateczne rozstrzygnięcie, dzięki któremu w przyszłości będzie mógł powoływać się na res iudicata czyli powagę rzeczy osądzonej, tj. korzystać z prawa, że drugi raz w tej samej sprawie nie może być prowadzone postępowanie karne (ne bis in idem – art. 17 § 1 pkt. 7 k.p.k.). Nie musimy specjalnie akcentować, jakiż jest to mocny atut dla osoby, która od tej pory będzie mogła od nowa i bez obciążeń budować swoją pozycję w życiu publicznym, niewątpliwie wykorzystując odpowiedni w kraju polityczny klimat, sprzyjający mechanizmowi „oczyszczania”.

    Już na wstępie wskazaliśmy, że w tzw. wątku polskim, będącym częścią szczególnie istotnej sprawy korupcyjnej posiadającej międzynarodowy charakter oraz co ważniejsze, dotyczącej środowiska politycznego, które trzyma obecnie ster władzy, konfiguracja zdarzeń zaczyna być „wyjątkowo dobra”, ale to nie oznacza, że nie może być jeszcze lepsza. Tym bardziej, że interesy polsko-ukraińskie wchodzą w szczególny etap realizacji niemieckich inwestycji związanych z produkcją zbrojeniową czy też innych związanych z odbudową Ukrainy, a jak wiadomo sprawdzeni ludzie, do których ma się zaufanie albo przynajmniej musi się mieć respekt, ponieważ wiedzą więcej i są przez to bardziej wymagający, z pewnością w takich okolicznościach będą się sprawdzać najlepiej, o ile władza o nich odpowiednio zadba. W tych okolicznościach nie należy więc zakładać, że nic się nie stało i przegapić moment, w którym ukraińskie wątki też zaczną korzystać z „łutu szczęścia”, którego prawdziwe zaplecze sprawcze będzie ukrywać się za „niezrozumiałymi” dla opinii publicznej rozstrzygnięciami sądowymi. Przypomnijmy, że w omawianej sprawie śledztwo na Ukrainie prowadziły organy antykorupcyjne –  SAP i NABU, które w ramach współpracy przekazywały materiał dowodowy wraz z wątkami do dalszego prowadzenia przez polską Prokuraturę. W grudniu 2021 r. również strona ukraińska przekazała akt oskarżenia, w celu prowadzenia dalej sprawy w sądzie polskim, zostawiając na Ukrainie postępowania wobec innych osób, podejrzanych o udział w przestępstwach powiązanych z główną sprawą Ukrawtodoru. Jak widać, w ramach współpracy organów ścigania zawsze istnieje płaszczyzna do pojawienia się nowych okoliczności, które mogą mieć wpływ na zebrany materiał dowodowy czy tok postępowania sądowego. Oczywiście trudno przesądzać na tym etapie, jak zostanie zakończona sprawa układu korupcyjnego stworzonego przez Sławomira N., ale wiadomo, że trzeba wnikliwie obserwować nie tylko jej postępy, ale również szukać ewentualnych czynników, mogących mieć na nie wpływ, szczególnie jeśli swoje źródło będą miały w bieżącej polityce międzynarodowej. Nie od dziś wiadomo, że Ukraina intensyfikuje działania przyciągające niemieckie inwestycje na Ukrainie, które zapewne będą wymagać od rządu polskiego określonych decyzji w ramach współpracy polsko-ukraińsko-niemieckiej, a to będzie stanowić newralgiczny obszar współpracy, do której potrzebni są zaufani ludzie władzy, szczególnie jeśli będzie się ona odbywać kosztem interesów polskich. Na koniec wypada powtórzyć, że sprawa Sławomira N. w całości i w każdym wątku z osobna jest społecznie istotna, ponieważ dotyczy korupcji w kręgach władzy, a więc można stwierdzić, że umorzenie tzw. wątku polskiego przed główną rozprawą sądową, musi pozostawać w sprzeczności z powinnością organów władzy wobec obywatela, który oczekuje skutecznego eliminowania korupcji z życia publicznego. Pamiętajmy jednak, że presja społeczna ma sens i nawet jeśli działa z opóźnieniem, należy ją podejmować, a tym bardziej w takich sprawach jak ta – dotycząca umorzenia sprawy Sławomira N., dodajmy z „nieoczywistego” braku podstaw aktu oskarżenia, co niniejszym staraliśmy się wyjaśnić.

    I jeszcze jedna uwaga. Rysujący się wyraźnie proces deprecjacji państwa prawa i jego organów zaczyna być coraz mocniej „oswajany” w polskiej przestrzeni publicznej i dominującym mainstreamie. Rażące społecznie postępowanie organów w sprawie Sławomira N koresponduje z nielegalnymi działaniami w sprawie ustroju sądów czy choćby funkcjonowaniem równie nielegalnej Komisji śledczej ds. Pegasusa. Cała sekwencja zdarzeń potwierdza, iż proces ten może mieć charakter świadomego naruszania zasady trójpodziału władzy w Polsce – być może jako etapu wstępnego przed głębszymi zmianami ustrojowymi.

  • „Miał kompetencje do takiego uczynienia, ale można ocenić, że zrobił to bezrefleksyjnie w tym momencie, bo naraził bezpieczeństwo państwa”

    „Miał kompetencje do takiego uczynienia, ale można ocenić, że zrobił to bezrefleksyjnie w tym momencie, bo naraził bezpieczeństwo państwa”

    Doniesienia o skierowaniu do sądu aktów oskarżenia przeciwko byłemu ministrowi MON M. Błaszczakowi, szefowi BBN S. Cenckiewiczowi. przewodniczącej KRRiT A. Glapiak oraz byłemu dyrektorowi Departamentu Strategii i Planowania Obronnego MON – Piotrowi Z. za rzekome narażenie bezpieczeństwa państwa, w związku z publikacją fragmentów Planu Użycia Sił Zbrojnych RP WARTA-00101, znanego w mediach pod hasłem „linia Wisły”, to koronny przykład, że zapalczywa zemsta może być sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Już nawet bez wglądu w materię prawa, obywatel na pierwszy rzut oka może zadać sobie pytanie, jakiż to potencjał siły tkwi w sformułowaniu „obrona na linii Wisły”, który został zaprzepaszczony przez nasze państwo w związku z odtajnieniem fragmentu, zawierającego powyższe lub podobne sformułowania?

    Nieśmiało podpowiadamy, że pogląd na strategię budowaną na założeniach typu – obrona na linii Wisły i Wieprza przez okres 10-14 dni do czasu przybycia sił sojuszniczych, obywatel pospołu z naszymi wrogami mógł sobie wyrabiać dużo wcześniej, „doceniając” decyzje w „umacnianiu” suwerenności i bezpieczeństwa militarnego państwa, podejmowane przez rząd PO-PSL do 2015 r. Przypomnijmy, że te najbardziej kluczowe odnosiły się do likwidacji jednostek wojskowych na wschodzie kraju (m.in. 4. Suwalski Pułk Artylerii Przeciwpancernej oraz 3. Brygada Zmechanizowana Legionów w Lublinie). Już wtedy obywatel, szczególnie ze wschodnich województw Polski, mógł wydedukować, że likwidacja musi służyć albo przesunięciu linii obrony w oparciu o rzekę Wisłę albo – przy „sprycie” ówczesnej władzy – stanowi tylko kamuflaż dla stworzenia silnej obrony na Oherce i Huczwie, ale po publikacji z 2023 r. już wiemy na pewno, że brano pod uwagę pierwszy wariant. Dodajmy jednak uczciwie, mogło być gorzej, ponieważ w taktycznym wycofywaniu wojsk przed nacierającą armią wroga, niektórzy wodzowie (szczególnie carscy i sowieccy) stosowali metodę spalonej ziemi. Tak, element ironii zagościł w powyższym wywodzie, ale trudno nie skorzystać z wyrazistej bezmyślności dążeń obecnej władzy, która stara się metodą najmniej subtelną usunąć z przestrzeni publicznej własny blamaż o kryptonimie „linia Wisły”. A wypowiedź Pani Prokurator: „Miał kompetencje do takiego uczynienia, ale można ocenić, że zrobił to bezrefleksyjnie w tym momencie, bo naraził bezpieczeństwo państwa”, raczej zapowiada kontynuację wskazanego wyżej blamażu.

    Mamy do czynienia z sytuacją, w której osoba uprawniona, czyli w tym przypadku minister (art. 6 ust. 3 uoin, a także następca prawny – art. 6 ust. 7 uoin), znosi klauzulę tajności z określonych dokumentów niejawnych wytworzonych w 2011 r., które jednocześnie stanowią materiał archiwalny kategorii „A”, posiadający tylko wartość historyczną, a więc nieposiadający atrybutu ważności do celów związanych z bieżącą realizacją zadań obronnych państwa. Decyzja w tym zakresie jest wydawana po uprzedniej ocenie, czy przesłanki dla których informacje zawarte w dokumencie były objęte ochroną, zachowują swoją aktualność. To znaczy, czy ich wartość materialna w 2023 r., ponieważ wtedy dokonano zniesienia klauzuli tajności dokumentu, była jeszcze istotna z punktu widzenia ochrony interesu Rzeczypospolitej Polskiej, o której mowa w art. 5 uoin. Nie trzeba chyba dodawać, że w tym okresie strategia obronna RP nie tylko została gruntownie zmieniona, ale również przeszła swoistą terapię szokową po agresji Rosji na Ukrainę. Ponadto zniesienie klauzuli tajności nadanej na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych skutkuje tym, że informacje stając się jawne, pozostają poza właściwością ustawy, która przypomnijmy „określa zasady ochrony informacji, których nieuprawnione ujawnienie spowodowałoby lub mogłoby spowodować szkody dla Rzeczypospolitej Polskiej albo byłoby z punktu widzenia jej interesów niekorzystne, także w trakcie ich opracowywania oraz niezależnie od formy i sposobu ich wyrażania” (art. 1 uoin). Powyższe więc oznacza, że ustawa nie zajmuje się sposobem dalszego wykorzystania informacji jawnej, która uprzednio była objęta ochroną na jej podstawie.

    A tymczasem słyszymy, że publikacja tych informacji miała przyczynić się do zagrożenia bezpieczeństwa państwa lub do uzyskania korzyści politycznej podczas prowadzonej kampanii. Oba ww. twierdzenia objawiają jakąś nadludzką determinację w szukaniu jakiejkolwiek okoliczności, która mogłaby posłużyć do „wymodelowania” czynu zabronionego. Szuka się np. współsprawstwa w sytuacji, w której decyzja ministra o zniesieniu klauzuli tajności nie jest decyzją administracyjną, jest autonomiczną czynnością wynikającą z uprawnień ustawowych, nieprzewidującą współodpowiedzialności. Inaczej mówiąc, znoszenie klauzuli tajności jak i jej nadawanie należy do czynności materialno-prawnych przypisanych osobie, której uprawnienia są precyzyjnie wyznaczone w ustawie. I nawet jeśli korzysta ona z pomocy w określonym zakresie np. w przeglądzie dokumentów, ustalaniu wysokości klauzuli, to nie przekazuje swoich uprawnień, a wymienione wyżej czynności mają tylko charakter pomocniczy oraz techniczny i mogą być realizować przez inne osoby na podstawie przyznanych uprawnień do konkretnej klauzuli tajności i zgodnie z zasadą wiedzy koniecznej. Trudno nie ulec wrażeniu, że Prokuratura, stawiając w sprawie zarzuty kilku osobom, wskazanych wyżej okoliczności nie wzięła pod uwagę. Niewiarygodnie brzmi również zarzut, że nie wszystkie fragmenty w pozostałych egzemplarzach Planu „Warta” zostały odpowiednio oznaczone jako jawne. Nawet jeśli to prawda, to w tym przypadku nie ma znaczenia, ponieważ na ustanowienie lub zniesienie materialno-formalnej ochrony (formalna odnosi się do nadania klauzuli tajności) nie wpływa samo oznaczenie, które jest czynnością techniczną i wtórną realizowaną na podstawie przepisów odpowiedniego rozporządzenia. Należy przyjąć, że odtajnione fragmenty w pozostałych egzemplarzach też są jawne, chociaż nie zostały jako jawne odpowiednio oznaczone.

    Cała sprawa związana ze zniesieniem klauzuli tajności określonym częściom dokumentów, na które zresztą ustawa pozwala (art. 6 ust. 8 uoin), jest pełna chaotycznych i nieścisłych doniesień medialnych. W samym zniesieniu klauzuli tajności postrzega się przyczynę, mającą bezpośrednio przyczynić się do urzeczywistnienia bliżej nieokreślonego zagrożenia. Warto więc podkreślić, że ochrona informacji niejawnych ma z natury charakter temporalny i poza wyjątkami chronionym bez względu na upływ czasu (art. 7 uoin), każda informacja niejawna podlega weryfikacji pod kątem zasadności utrzymywania jej ochrony w zmieniających się wczasie uwarunkowaniach, które mogą wpływać na dezaktualizację przesłanek materialnych. Prawodawca wyraźnie wskazał na  bowiązek przeprowadzania przeglądu dokumentów i materiałów niejawnych pod kątem aktualności przesłanek warunkujących ich ochronę, określając również, że musi on być przeprowadzany nie rzadziej niż raz na 5 lat (art. 6 ust. 4 uoin).

    Idąc dalej tropem doniesień medialnych, należy zwrócić uwagę, że komunikowany zarzut ujawnienia informacji niejawnej poprzez jej opublikowanie, wydaje się mało wiarygodny. Zakładając racjonalnie, że informacje niejawne zostały odtajnione zgodnie z przepisami prawa, co poddaliśmy analizie już wcześniej, zniesienie klauzuli tajności zamyka kwestię tajemnic prawnie chronionych. Dokumenty odtajnione czy też ich fragmenty opublikowane w książce, artykule czy spocie wyborczym, są już jawne, a więc nie są dowodem na zaistnienie przestępstwa przeciwko informacjom niejawnym, nawet jeśli wywołują irytację u części rządzących. Istotne jest natomiast to, że spełniają funkcję informacji publicznej, która dotyczy spraw kluczowych dla społeczeństwa, dla którego bezpieczeństwo nie ma wymiaru abstrakcyjnego tylko konkretny. Niestety obecnie rządzący nachalnie karmią społeczeństwo frazesami: „nie mamy wyjścia, musimy wyegzekwować odpowiedzialność, w końcu bezpieczeństwo państwa jest dla nas priorytetem”, nie dostrzegając, że w tak zwanych rozliczeniach przeprowadzanych metodą „mamy człowieka, więc i paragraf musi się znaleźć za wszelką cenę”, wybierają drogę podziału i konfliktu, który sprzyja zawsze zewnętrznemu wrogowi.

    Na koniec warto podkreślić, że jeśli nawet wnioski płynące z niniejszego artykułu nie przystają precyzyjnie do stanu faktycznego, w związku z ograniczonym dostępem do materiałów procesowych, to i tak wizerunek „afery na linii Wisły” pozostanie niezmiennie przykry dla obywatela, który oczekuje od każdej władzy poważnego traktowania. Tymczasem zamiast mitygować rzeczywiste podatności, które mogą wykorzystywać nasi wrogowie w planowaniu działań wymierzonych przeciwko suwerenności naszego kraju, władza zajmuje siebie i społeczeństwo „sensacyjną” aferą, która ma obnażyć „bezrefleksyjność ministra” w znoszeniu klauzuli tajności. Czy nie byłoby bardziej honorowo wycofać się taktycznie na linię opartą na przyzwoitości, żeby móc poświęcić się nowej strategii obronnej w dobie wojny na Ukrainie? Na sali sądowej blamaż będzie jeszcze głośniejszy – i nawet jeśli znajdzie się sędzia skory do wydania skazującego wyroku dla którejś z osób objętych aktem oskarżenia, to i tak nikt nie uwierzy, że założenia Planu „Warta” były słuszne. A także, że nadal posiadają potencjał wzmacniania naszej siły obronnej zgodnie z interesem Rzeczypospolitej Polskiej, dla którego ustanowiona została tajemnica informacji niejawnych.

  • Różnica między nami jest taka, że Pan mówi, co Pan wie, a ja wiem, co mówię

    Różnica między nami jest taka, że Pan mówi, co Pan wie, a ja wiem, co mówię

    Przesłuchanie byłego Szefa CBA Ernesta Bejdy było areną bitew, którą każdy, kogo nie nuży samodzielność myślenia i chciałby się naprawdę czegoś dowiedzieć o pracy służb, powinien obejrzeć. To starcie Dawida z Goliatem skończyło się klęską komisyjnego olbrzyma, który strzelał na oślep zatrutymi niekompetencją strzałami i stosował metody przesłuchań rodem z „Procesu” Kafki, które w rzeczywistości procesowej mogłyby być uznane za wymuszanie zeznań poprzez stosowanie technik znamiennych dla psychicznego znęcania się i tortur.

    Należy odnotować, że pytania ewidentnie były przygotowane pod sprawy dotyczące kilku osób: Giertycha, Karnowskiego i Brejzów, które przy okazji świetnie obnażały, kto jest prawdziwym beneficjentem całej akcji z udawadnianiem, że tzw. Pegasus jest rzekomo nielegalny. I na pewno nie są nimi obywatele, którzy na co dzień odczuwają lub będą odczuwać, czym jest utrata bezpieczeństwa, jeśli organy ścigania nie będą dysponowały odpowiednimi systemami, funkcjonariusze i ich zwierzchnicy nie będą podejmować odważnych decyzji w obawie, że nacisną komuś na ambicjonalny odcisk, który po latach kilku polityków powracających do władzy będzie chciało zaleczyć, rozpętując machinę rozliczeń, pochłaniającą niewinne ofiary, tylko dlatego, że takimi regułami kieruje się medialny spektakl, w którym głównie chodzi o igrzyska i pokaz siły, ma być więc intensywny, żeby nikt nie miał ochoty śledzić, czy sceny odzwierciedlają realia.

    Niedawno, o czym też była mowa na Komisji, machina rozliczeń wciągnęła dwoje niewinnych funkcjonariuszy CBA, którym zarzucono wyłudzenie zgód od sędziego (sic!). Tak, to brzmi kuriozalnie, jak z czarnej komedii! Jak przedstawiciele „demokracji walczącej” nie znaleźli przypadków stosowania kontroli operacyjnej bez zgody sądu – przypominamy pełne żalu stwierdzenie Pana Bodnara, że „paradoksalnie służby dbały o biurokrację”, to postarano się znaleźć inny młot na „czarownice”, to jest rzekome „wyłudzenie”. Zasługuje ono na odrębną publikację, ale w tym miejscu należy je odnotować, ponieważ kalendarz zatrzymań tych funkcjonariuszy nie wydaje się przypadkowy. Tym bardziej, że dotyczył przecież sprawy Pana Karnowskiego, czyli dla Komisji jednej ze sztandarowych postaci w walce o godność zwykłego i uczciwego obywatela, którego Komisja nieustannie straszy tzw. Pegasusem.

    Cóż zobaczyliśmy podczas starcia Dawida z Komisyjnym Goliatem? Przede wszystkim członkowie stosowali dobrze sprawdzony mechanizm – jeśli nie można czegoś wykluczyć, to znaczy, że mogło się wydarzyć (sic!). Nie ma znaczenia dla Komisji, że się nie wydarzyło, a przynajmniej Komisja nie znalazła na to dowodów. Były Szef CBA mógł się dwoić i troić, tłumaczyć konkretnie, jakie zastosowano procedury, na czym polega zarządzanie ryzykiem, dlaczego nie akredytuje się pewnego rodzaju systemów, co jest istotą kontroli operacyjnej, nie miało to żadnego znaczenia. Komisja w tym czasie stosowała metodę zakrzykiwania, rzucała na oślep wyrwane z kontekstu zdanie np. eksperta, który nie wykonywał testu bezpieczeństwa, a więc teoretyzował albo zdanie ongiś zastraszonej Pani Minister, której na koniec wypowiedzi nie pozwolono skończyć zdania, żeby uzyskać efekt, że godzi się z tezą Komisji. A jeśli już brakowało argumentów, to padało podszyte fałszywą troską: „Niech się Pan tak nie denerwuje”.

    Członkowie Komisji mylili większość terminów i nie rozumieli zagadnień, które poruszali przez półtora roku, dodajmy kosztem degradacji systemu bezpieczeństwa państwa. Sensacyjne pytania rozciągane były z przekąsem detektywa, który nie zauważył, że w zastawionej pułapce ktoś już dawną dmuchnął ser, pozostawiając kartkę z napisem „Nie kompromitujcie się”. Dla przykładu, pytanie o to, kto był w gabinecie Szefa podczas podpisywanie umowy niejawnej, wyjątkowo długo intrygowało Panią Przewodnicząca, która zapewne uznała, że szeregiem dociekań zastawi na Pana Bejdę pułapkę, jeśli w pomieszczeniu podczas podpisywania umowy niejawnej znajdowała się osoba nieposiadająca poświadczenia bezpieczeństwa. Odpowiadamy więc, nie wiedząc, kto rzeczywiście był w gabinecie – mógł być ktokolwiek!!! Mogła wejść Pani podająca kawę albo Pan sprawdzający czujkę dymu w pomieszczeniu, to jest każdy, kogo chciał wpuścić Pan Bejda, ponieważ fakt, że w pomieszczeniu była niejawna umowa, nie oznacza jeszcze jej udostępnienia (sic!).

    Teza o zdekonspirowaniu tzw. systemu Pegasus dla Komisji od początku stanowiła aksjomat, niewymagający dowodu, przecież i tak wszystkiemu, co Komisja uzna za nielegalne „winne” będzie CBA. Przypomnijmy więc, afera rozpoczęła się od czynności kontrolnych NIK i rozlała się do niebotycznych rozmiarów właśnie dlatego, że nikt nie był szczerze zainteresowany wyjaśnieniem wątpliwości metodami adekwatnymi do newralgicznej materii, jaką stanowią metody i formy pracy operacyjno-rozpoznawczej. Kontrola NIK i upublicznienie jawnej faktury było tylko pretekstem do walki o tzw. praworządność, do której wykorzystano wiele grup, m.in. wspomnianych już sędziów, którzy przyklaskując tezie o wyłudzaniu zgód, zapomnieli, że kontrolę operacyjną zarządza sąd, a oni mają reprezentować jego powagę. Sprawa tzw. Pegasusa nie miała więc szans zostać wyjaśniona w żadnym aspekcie, ponieważ nadawała się do politycznej walki, którą miała gwarantować Komisja Senacka, a później Komisja Sejmowa. Dziś bezsprzecznie możemy uznać, że wyłączenie systemu, o czym donosiła sama Komisja, nastąpiło ze względu na dekonspirację i służący jej hałas, inaczej mówiąc – system owszem został zdekonspirowany, czyli ujawniony opinii publicznej przez działanie politycznie sterowane, ale nie został technicznie skompromitowany, dlatego tak dużo wysiłku obecnie komisja poświęca jego akredytacji, w której pokłada nadzieję, że dzięki niej zakwestionuje techniczną stronę bezpieczeństwa.

    Bój o udowodnienie, że system ten powinien być akredytowany był nieprawdopodobnie zażarty. Do tego stopnia, że konkretny argument Pana Bejdy, że kontrola ABW przeprowadzona w CBA nie dostarczyła dowodów na akredytację, został błyskawicznie zignorowany, a przecież dla odpowiedzialnej Komisji takie stwierdzenie powinno stanowić przesłankę do podejrzeń o manipulację materiałem z kontroli. Pan Bejda wskazał, że w protokole z kontroli, jak pośrednio wynikało z zeznań Pani Agnieszki Gurdak-Kwiatkowskiej, nie została sformułowana nieprawidłowość odnosząca się do akredytacji systemu, o czym mówią przepisy odpowiedniego rozporządzenia, dlatego była Szefowa CBA nie zgłosiła do niego zastrzeżeń. Taki kategoryczny wniosek o akredytacji pojawił się dopiero w Wystąpieniu pokontrolnym, które obecnie ma posłużyć Prokuraturze do stawiania zarzutów. I tu, mimo tak istotnego podejrzenia, Komisja z właściwą sobie predylekcją zlekceważyła zeznanie mogące świadczyć nawet o przestępstwie! No cóż, wystarczyłoby porównać materiał z kontroli, szczególnie Protokół z Wystąpieniem pokontrolnym, ale rozumiemy, że z obawy o zaburzenie z góry powziętego kierunku ustaleń, Komisja nie zamierza tego zrobić!

    Nieważne było również dla Komisji, że wypowiadane przez nią herezje w zakresie akredytacji, dawno można było sprostować w kontakcie z profesjonalistami, którzy od lat zajmują się bezpieczeństwem teleinformatycznym, stosując ustawę o ochronie informacji niejawnych. Podejrzewamy nawet, że właśnie wtedy Komisja osiągnęłaby pewien sukces, ponieważ oddaliłaby całkiem poważne ryzyko, że akredytacyjne herezje dla mniej odpornych prawodawców „demokracji walczącej” staną się rezerwuarem rozwiązań, które na gruncie prawa i zdrowego rozsądku mogą zaprzeczyć istocie kontroli operacyjnej. Niepokojącym przykładem może być dyskusja na temat, w którym momencie kontroli operacyjnej przeprowadzanej na urządzeniu końcowym mamy do czynienia z informacją niejawną. Ewidentnie wynikała ona z niezrozumienia pojęć odnoszących się do przetwarzania informacji sklasyfikowanej i jej wcześniejszym pozyskaniem i utrwaleniem. A więc postaramy się to wyjaśnić! Mamy nadzieję, że nikt nie ma wątpliwości, że smsy są jawne, czyli inaczej ujmując, ich treść w telefonie nie posiada materialnej cechy niejawności. Owszem smsy te podlegają ochronie szczególnej na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych (czyli innej niż konstytucyjna tajemnica korespondencji), ale nie ze względu na ich treść, tylko w związku z zainteresowaniem operacyjnym, dlatego system i towarzyszące mu czynności, są objęte tajemnicą już od momentu pozyskiwania. Przetwarzanie jest dopiero wtedy, kiedy informacja z wiadomości tekstowej jest wyeksportowana do systemu akredytowanego, celem trwałego wpisania ją w kontekst sprawy, można powiedzieć, że rozpoczyna ona wtedy „drugie życie” z materialnym i formalnym aspektem niejawności. Reasumując, można powiedzieć, że do momentu pozyskania i utrwalenia wiadomość tekstowa podlega ochronie poprzez ochronę systemu, której celem jest utajnienie, że dana osoba jest w zainteresowaniu służby. Jeżelibyśmy przyjęli, że SMS jest niejawny na etapie pozysku, jak to próbował przedstawić jeden z członków Komisji, to telefon jako urządzenie końcowe, na którym się znajduje, musiałby być akredytowany, co mamy nadzieję w czasach rządów „demokracji walczącej” nigdy nie nastąpi (sic!)

    Kolejny absurd, z którym zmierzał się Pan Bejda, odnosił się do pytań o tzw. gospodarność. Czy warto było zakupić system, skoro według opinii Pana Zembaczyńskiego nie dawał on odpowiednich profitów w postaci prawomocnych wyroków sądowych? W stabilnych warunkach środowiskowych na pytanie zawierające piramidalnie głupią tezę nie warto byłoby odpowiadać, żeby nie stwarzać interlokutorowi pozorów, że znalazł podobnego sobie partnera. Niestety w przypadku medialnego teatru w tak istotnej dla obywateli kwestii, jak posiadanie przez państwo skutecznych narzędzi do walki z przestępczością czy też dla obrony suwerenności, naszym obowiązkiem jest zauważyć, że poziomu bezpieczeństwa nie warto szacować liczbą postępowań sądowych, które prowadzone były na podstawie dowodów pozyskanych z kontroli operacyjnej. To tak, jakby uznać, że kupowanie broni dla organów ścigania zwraca się finansowo wtedy, kiedy zastrzelimy z niej określoną liczbę przestępców. Niewiarygodne, ale przestrzegamy, ponieważ wnioski takie mogą znaleźć się w końcowym raporcie Komisji, która ignoruje podstawowe założenia związane z zapobieganiem i monitorowaniem szeroko rozumianych zjawisk godzących w bezpieczeństwo państwa i przy tym pomija ewidentną okoliczność, że sprawa dotyczy jednego systemu, który służył wielu służbom.

    Należy również podnieść, że Komisja wykazała elastyczność w okazywaniu dokumentów, z których zniesiono klauzulę tajności. Zapewne wiedziona półtorarocznym przyzwyczajeniem, w końcu wiele razy zarzucała świadkom, że w sposób niezasadny podnoszą oni kwestie newralgiczności materii operacyjno-rozpoznawczej i bezrefleksyjnie odrzucała ryzyko, że z kolejnym odcinkiem spektaklu sama tworzy całkiem pokaźny rezerwuar informacji z pewnością przydatnych wnikliwej agenturze lub członkom zorganizowanych grup przestępczych. Miejmy nadzieję, że ta dezynwoltura w stosunku do tajemnic prawnie chronionych zostanie kiedyś zweryfikowana, w szczególności, że Komisja działa po 10 września 2024 r. wbrew wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego, nadal posiadając dostęp do informacji niejawnych, co może w określonych okolicznościach stanowić delikt wyczerpujący znamiona przekroczenia uprawnień w związku z ujawnieniem informacji niejawnych (art. 231 §1 w zw. z art. 265 §1 kk), do których jej członkowie nie powinni mieć dostępu. Zakładamy również, że zakres odtajnień dokumentów w tej weryfikacji będzie miał istotne znaczenie, tym bardziej, że dziś usłyszeliśmy o zniesieniu klauzuli tajności z dokumentu niejawnego, stanowiącego część sprawy niezarchiwizowanej, który dotyczy kontaktów z przedstawicielem zagranicznym stanowiącym stronę umowy. Zważywszy, że w świetle przepisów prawa kwestia informacji niejawnej w umowie została dodatkowo obostrzona w art. 7 ust. 3 uoin  –  Chronione bez względu na upływ czasu, z zastrzeżeniem ust. 2, są (…) informacje niejawne uzyskane od organów innych państw lub organizacji międzynarodowych, jeżeli taki był warunek ich udostępnienia, sprawdzenie zakresu odtajnienia dokumentów w tej sprawie powinno być wyjątkowo wnikliwie zbadane.

    Zaskakujące w pracach Komisji było również ciągłe przeświadczenie jej członków, że w swoich półtorarocznych ustaleniach zbliża się do prawdy o rzekomych zagrożeniach, jakie niesie ze sobą narzędzie, zwane uparcie przez Komisję „cyberbronią”. W istocie zapisują się oni do historii wyjątkowo kuriozalnej afery, wygenerowanej w celu anihilacji służby niewygodnej dla rządzących, ponieważ monitorującej i zwalczającej zjawiska korupcyjne na szczytach władzy. Nie są to czcze słowa, biorąc pod uwagę, że chyba żadna służba w powojennej historii Polski nie była tak postponowana, obrażana i zwalczana, a jej funkcjonariusze wmontowani w cykl kreowanych przestępstw odwetowych, które miały trwale odłożyć w społeczeństwie niechęć i irracjonalny strach wobec CBA, a przez to umotywować jego likwidację. Mamy nadzieję, że ta nagonka na CBA będzie miała skutek przeciwny, do czego z pewnością przysłużyło się przesłuchanie Pana Bejdy, dzięki któremu możemy śmiało członkom Komisji zadedykować również słowa Gandalfa z „Władcy Pierścieni”, że „Mądrzy mówią tylko to, co wiedzą”, a samo mówienie bez wiedzy nie czyni jeszcze nikogo mądrym.

  • Akredytacja politycznej kalkulacji – kilka refleksji na temat kontroli ABW dotyczącej tzw. systemu Pegasus

    Akredytacja politycznej kalkulacji – kilka refleksji na temat kontroli ABW dotyczącej tzw. systemu Pegasus

    W związku z informacją podaną przez media, że Prokuratura otrzymała Wystąpienie  pokontrolne z kontroli przeprowadzonej przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym w zakresie ochrony informacji niejawnych w związku z użytkowaniem tzw. systemu Pegasus, które ma wskazywać na konieczność akredytacji ww. systemu na podstawie art. 48 ust. 1 ustawy o ochronie informacji niejawnych, pozostaje nam wyrazić  nie tylko zadziwienie, ale również zaniepokojenie odkrywczym charakterem tego wniosku po 15 latach obowiązywania ustawy o ochronie informacji niejawnych. A ponieważ nie zgadzamy się z nim, wiedząc, że może wywołać przewrót o „antykopernikańskiej” mocy, przedstawiamy poniżej najważniejsze kwestie, które temu wnioskowi przeczą lub wskazują na jego instrumentalny charakter:

    1. Obowiązek akredytacji, o której mowa we art. 48 ust. 1 uoin, dotyczy wyłącznie systemów, w których mają być przetwarzane informacje niejawne i nie ma zastosowania do badanego przypadku. Nie tylko naszym zdaniem, ale można by rzec, że całej ludzkości kontaktującej się za pomocą aparatów komórkowych, może z wyjątkiem Komisji do spraw tzw. Pegasusa i twórców ww. Wystąpienia, informacje w naszych telefonach w formie plików tekstowych, podobnie jak rozmowy prowadzone za ich pośrednictwem, są co do zasady jawne dla komunikujących się, czyli materialna przesłanka niejawności w rozumieniu uoin nie dotyczy treści wiadomości tekstowej, ale odnosi się do sposobu jej pozyskania. Inaczej mówiąc, chronione jest pozyskiwanie i utrwalanie danych zawartych w urządzeniach końcowych, dlatego też organ pozyskujący ochrania wszystko, co może wskazać na jego zainteresowanie operacyjne, m.in. na wniosek o kontrolę operacyjną nakłada klauzulę tajności, chroni fakt pozyskiwania informacji za pośrednictwem konkretnego systemu czyli regulaminom, zarządzeniom czy też technicznym wydrukom z systemu, które co do zasady mogłyby być jawne, gdyby nie okoliczności „operacyjne”, nadaje się klauzulę tajności, ogranicza fizyczny dostęp do bezwzględnego minimum itp. Powyższa uwaga dotyczy również tzw. KKI czyli kontroli korespondencji internetowej, która też dotyczy treści co do zasady jawnych.
    2. W przypadku systemów, które nie przetwarzają informacji niejawnych, tylko służą do pozyskania i utrwalenia informacji w sposób niejawny, o czym była mowa powyżej, akredytacji się nie przeprowadza. Wyjątek od wyjątku, wyróżnionego explicite w ustawie stanowią interfejsy u operatorów telekomunikacyjnych, które są akredytowane przez ABW, ponieważ operatorzy pośredniczą w niejawnym sposobie pozyskiwania treści rozmów. I również w tym przypadku nikt nie wykazuje, że w systemach operatorów przetwarzane są informacje niejawne, co najwyżej mówi się o tajemnicy telekomunikacyjnej związanej z szeroko pojętą ochroną, w tym danych osobowych, w trakcie świadczenie usług telekomunikacyjnych. Oczywiście, nie możemy wykluczyć, że istnieją systemy łączące te trzy funkcje tj. pozyskują, utrwalają i jednocześnie przetwarzają informacje, nadając im charakter niejawny w związku z prowadzoną konkretnie sprawą, dla której zostały pozyskane i utrwalone, i wtedy zapewne podlegają akredytacji, na podstawie art. 48 uoin, ale w tym przypadku taka okoliczność nie zachodzi.
    3. Wskazany wyżej system przeznaczony jest do pozyskiwania i utrwalania informacji jawnych w sposób niejawny, a więc może mieć do niego zastosowanie wyjątek określony w art. 51 ust. 1 uoin lub procedury stosowane przy KKI. Cechą wspólną obu przypadków jest moment „utrwalenia” informacji w systemie, a następnie wyeksportowanie ich do środowiska akredytowanego, w którym przetwarzane są już jako informacje niejawne, ponieważ stanowią część konkretnej sprawy, która stanowi materialną podstawę ich klasyfikacji. Tu warto wspomnieć, że system akredytowany wymaga strefy ochronnej, a więc pozyskanie i utrwalenie zawsze będzie związane z działaniem w dwóch środowiskach, poza strefą ochronną (np. łańcuchy anonimizujące) i w strefie, w której ostatecznie musi nastąpić końcowe przeniesienie utrwalonej informacji do systemu akredytowanego.
    4. Kolejną kwestią do odmitologizowania jest pogląd, że akredytacja daje stuprocentową pewność, że system jest bezpieczny i że jest jedynym sposobem zagwarantowania bezpieczeństwa systemowi. Jest ona konieczna, bo jest formalnym obowiązkiem wynikającym z ustawy, ale stosowanym wyłącznie do tych systemów, które przetwarzają informacje niejawne, na co wskazywano już powyżej. Ogólnie rzecz ujmując, akredytacja nie służy osiągnięciu stuprocentowej pewności, ponieważ takiej nie uzyskuje się nigdy, mamy co najwyżej stan, w którym istnieje ryzyko szczątkowe możliwe do zaakceptowania, po przejściu pozytywnie określonych sprawdzeń. Jest więc procedurą związaną z pakietem wystandaryzowanych czynności, o charakterze w większości dokumentacyjnym, ale również testowym, dzięki którym w akredytowanym systemie można zacząć przetwarzać informacje niejawne w sposób względnie bezpieczny, ale i tak podlegający ciągłemu monitorowaniu przez gestora w tzw. zarządzaniu ryzykiem. Procedura ta kończy się wydaniem tzw. świadectwa akredytacji bezpieczeństwa dla konkretnego systemu teleinformatycznego, w którym zakłada się, że będą przetwarzane informacje niejawne lub w którym przeprowadza się kolejną procedurę akredytacji w związku z mijającym terminem ważności ww. świadectwa. Piszemy o tym nie bez przyczyny, ponieważ ustawodawca, tworząc wyjątki w obowiązku akredytacji, nie pozbawił ochrony określonych systemów, tylko ukształtował tę ochronę w inny sposób, uwzględniając szereg czynników, z których jeden jest kluczowy – ochrona czynności operacyjno-rozpoznawczych. Zobligował do niej gestora innymi przepisami odnoszącymi się do ochrony czynności operacyjno-rozpoznawczych, a więc środków, metod i form pracy operacyjnej, funkcjonariuszy pod przykryciem i osób udzielających pomocy, do której gestor dostosował odpowiednie procedury, zbudował odpowiednią infrastrukturę głęboko zakonspirowaną i pozyskał wykwalifikowaną kadrę, która również jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo teleinformatyczne, nie tylko na początku przeprowadza testy bezpieczeństwa przy zakupie systemu, ale w ramach zarządzania ryzykiem musi monitorować go permanentnie w imieniu gestora, bo inaczej narazi na szkodę interes prowadzonych czynności operacyjno-rozpoznawczych, do których organ został ustawowo zobowiązany. Należy również podkreślić, że ochrona takiego systemu to absolutny know-how każdej służby, dlatego takich systemów nie naraża się na podwyższone ryzyko dekonspiracji w procedurze akredytacyjnej. I to nie jest kwestia braku zaufania do służb akredytujących systemy, ale zarządzania ryzykiem, w tym przypadku minimalizowaniem podatności przy wysokim poziomie zagrożeń. Zważywszy, że badany system nie przetwarza informacji niejawnych, o czym była mowa powyżej, trudno o inny wniosek, że ABW przeprowadzające taką akredytacje naraziłoby się na przekroczenie uprawnień.
    5. Jeśli już ABW przesądziła o akredytacji bez podstawy prawnej, co już brzmi kuriozalnie, ale to właśnie staraliśmy się rzetelnie wykazać, to zwróćmy uwagę na faktyczne uwarunkowania, które brane były pod uwagę przez ABW nie tylko w reżimie obecnej, ale i wcześniej ustawy, a teraz z nieznanych nam względów zostały pominięte. A mianowicie, że system teleinformatyczny, jakim jest tzw. Pegasus, połączony bezpośrednio z siecią internet w celu wymiany informacji z tą siecią, nie może przetwarzać informacji niejawnych, ponieważ nigdy nie uzyska akredytacji bezpieczeństwa teleinformatycznego, według reguł dotychczas obowiązujących w tej procedurze i jak chcemy wierzyć, którym ABW nie zamierza zaprzeczać. W tych okolicznościach trudno nie interpretować wniosku o akredytację systemu jako działanie instrumentalne, w którym post factum próbuje się fałszywie pokazać, że system był niezabezpieczony, wiedząc, że akredytacja w tym zakresie nie ma zastosowania. System zakupiony w celu pozyskiwania i utrwalana dowodów należy bowiem do równolegle funkcjonującego we wszystkich służbach szeregu narzędzi informatycznych i systemów, których bezpieczeństwo wynika z innych procedur niż ta, określona w art. 48 uoin, ponieważ wskazane wyżej uwarunkowania techniczne eliminują jego zastosowanie. ABW, tworząc taki casus, wygeneruje cały szereg systemowych problemów, a co najważniejsze niczego swoim działaniem nie zabezpieczy skutecznie, co najwyżej zuboży polskie służby w instrumenty gwarantujące skuteczną walkę z przestępczością.
    6.  Na pewno w psuciu skuteczności w walce z przestępczością szkodliwą rolę odegra naiwne założenie, że akredytacja systemowa w wersji wypracowanej w wieloletniej praktyce przez ABW i SKW, mogłaby objąć produkty oferowane na rynku z przeznaczeniem do prowadzenia kontroli operacyjnej, które należą do wysoko zaawansowanych technologii. Ich producenci w warunkach konkurencji rynkowej i działań z zakresu technologicznego foresightu, nie będą dobrowolnie podporządkowywać się wymogom wyjawiania szczegółów technologicznych i innych, służących celom zbiurokratyzowanej akredytacji, ponieważ kierują się prymatem w zabezpieczeniu dóbr wynikających z tajemnicy przedsiębiorstwa, odnoszącej się do informacji handlowych, organizacyjnych i technicznych, nie mówiąc już o ochronie własności przemysłowej i praw autorskich czy innych tajemnic, które kształtują ich relacje z różnymi klientami, również państwowymi związanymi z bezpieczeństwem narodowym. A wtedy również przechodzą dodatkowe procedury uwierzytelniające ich wiarygodność, umożliwiające sprzedaż swoich produktów podmiotom państwowym, tak jak w przypadku podmiotu pośredniczącego w sprzedaży badanego systemu, który posiadał świadectwo bezpieczeństwa przemysłowego wydane przez ABW. Niestety konsekwencje szumu medialnego z akredytacją mogą być bardzo wymierne, z czego zapewne ABW zdaje sobie sprawę, wiedząc co może oznaczać dla bezpieczeństwa państwa spadek możliwości nabywania takich narzędzi w sytuacji, w której sami podobnych nie produkujemy. Poza tym należy podkreślić, że producenci w zakresie swojej wiarygodności komercyjnej są bardzo otwarci, ponieważ nie tylko znają wymagania runku w zakresie bezpieczeństwa, czyli oczekiwań potencjalnych nabywców, ale właśnie ich celem jest wyprodukowanie takiego produktu, który w tym zakresie będzie najbardziej skuteczny tj. odporny na kompromitację. Na etapie ofert dają możliwość zbadania swoich produktów, w tym umożliwiają dotarcie do istotnych parametrów, które zainteresowany ofertą może zweryfikować podczas testów, żeby móc dokonać odpowiedniego wyboru i ustalić warunki dalszej współpracy związanej z ewentualnym serwisowaniem. Tacy producenci mają bardzo wysokie standardy ochrony, z kolei służby mają odpowiednią infrastrukturę i kadrę do zarządzania ryzykiem, jeśli stają się gestorem takich systemów. Zresztą tak jak pisaliśmy wcześniej, akredytacja nie zwalnia z zarządzania ryzykiem i jest obowiązkiem gestora systemu, bez względu na to, czy jest to system akredytowany.
    7. Nie mamy wątpliwości, że powyższe argumenty podzielają funkcjonariusze wszystkich uprawnionych podmiotów do prowadzenia czynności operacyjno-rozpoznawczych z wykorzystaniem różnych form kontroli operacyjnej, ponieważ jest to ich codzienność. Niestety sposób prowadzenia przesłuchań w Komisji do spraw tzw. Pegasusa i towarzyszący jej już kilka lat medialnie sterowany spektakl, wprowadzają zamęt po to, żeby nawet funkcjonariuszy pozbawić pewności, że działania ich były zgodne z prawem i w celach, jak najbardziej szlachetnych, czyli służących obywatelom. Na pewno na takie nieodpowiedzialne działania czekają przestępcy, którzy wraz z tymi politykami uznającymi się za pokrzywdzonych, będą mogli podważać materiał dowodowy zgromadzony w śledztwie, tylko dlatego, że po medialnym suflowaniu akredytacji wreszcie ABW potwierdziła, że system powinien być akredytowany, a więc dlaczego nie skorzystać z możliwości podważenia dowodów pozyskanych na jego podstawie. Biorąc pod uwagę, że w zakresie bezpieczeństwa nie wykazano żadnych poszlak, które potwierdzałyby ingerencję w system, to koncentrowanie uwagi na akredytacji, która właśnie tego systemu nie dotyczy, jest działaniem pozbawionym profesjonalizmu i odpowiedzialności za państwo.
    8. Ponadto Komisja do spraw tzw. Pegasusa od początku prowadzi tendencyjne narracje, jakby nie brano pod uwagę, że medialne wałkowanie kilku opinii prawnych, w których sformułowano pewne wątpliwości przed nabyciem badanego systemu, nie mają wartości dowodowej, jaką im się przypisuje. Przede wszystkim wskazują one na rzetelnie prowadzoną procedurę, w której nie musi być jednomyślności, bo na etapie przed zakupem systemu jest to dodatkowa gwarancja, że podjęcie decyzji nie jest nieprzemyślane i niedostosowane do istniejących warunków technicznych, prawnych i organizacyjnych, które końcowo ocenia się bez stronniczości, z poszanowaniem obowiązujących przepisów i zgodnie z zasadą proporcjonalności w zakresie ujawnionych wątpliwości. Ponadto widać, że sposób wypowiadania się członków Komisji służy z góry określonemu celowi i wyznacza kierunek prowadzonych śledztw, z których Prokuratura komunikuje tylko te informacje, które mają potwierdzać suflowane przez Komisje twierdzenia, a termin „akredytacja” wraz ze zdaniem, że „system przetwarza informacje niejawne”, to już niemalże aksjomat. Obecnie wygląda na to, że już nie tylko sędziowie byli okłamywani, ale teraz prokuratorzy, sami funkcjonariusze i ich zwierzchnicy, ponieważ w tym kierunku płynie strumień nonsensu produkowanego przez członków Komisji. Pomija się lub nadaje pewnym okolicznościom inne znaczenia, szczególnie w odniesieniu do faktu, że z badanego systemu nie korzystało tylko CBA, ale również Policja i co najważniejsze Krajowa Władza Bezpieczeństwa czyli właśnie ABW, wspomagane w sferze wojskowej przez SKW. Podjęcie takiej współpracy jest jednoznacznym dowodem, że analizy ryzyka były na pewno podejmowane, w tym w formie pisemnej. Dlaczego nie cytuje się tych opinii, które uzasadniają przystąpienie do korzystania z tego systemu i stanowią dowód na prowadzenie działań zgodnie z obowiązującymi przepisami. Łatwiej teraz stwarzać wrażenie, że w takich sprawach najważniejsza jest wątpliwość, a nie to, że podjęto decyzję mającą oparcie w przepisach po uprzedniej analizie zgłoszonej wątpliwości. Łatwiej suflować, że dziesiątki funkcjonariuszy, sędziów, urzędników, prokuratorów brało udział w jakiejś grupie przestępczej, ponieważ dzięki stwarzaniu takiej narracji nikt nie chce się merytorycznie wychylać, a tym bardziej głośno protestować.
    9. Mając na względzie cały szereg wykazanych argumentów, ostatecznie trudno nam uwierzyć, że w przeprowadzonej kontroli ABW mogło dojść do tak kuriozalnego wniosku, że system nieprzetwarzający informacji niejawnych podlega akredytacji. Jeszcze kilka miesięcy temu przesłuchiwany na Komisji Szef CBA – Pani Kwiatkowska-Gurdak, jednoznacznie i z zadowoleniem akcentowała, że czytała już Protokół z kontroli przeprowadzonej przez ABW i nie wniosła żadnych zastrzeżeń, ponieważ przyjęła go z zadowoleniem i czeka na Raport pokontrolny. Czyżby nie zgłaszała zastrzeżeń w sytuacji, w której ustalenia świadczyłyby o nieprawidłowościach, szczególnie dotyczących tzw. Systemu Pegasus, skoro jemu głównie dedykowana była ta kontrola? Co się takiego wydarzyło, że zgromadzony materiał dowodowy pierwotnie nie dawał podstaw do sformułowania nieprawidłowości, a po kilku miesiącach obowiązek akredytacji expressis verbis wpisany został do Wystąpienie pokontrolnego, które trafiło do Prokuratury, prowadzącej śledztwo w wątku obejmującym bezpieczeństwo tego systemu? Swoje wątpliwości nie opieramy wyłącznie na wrażeniu, ale na pragmatyce kontrolnej, która dotyczy nie tylko sposobu przeprowadzenia czynności kontrolnych, ale również ich udokumentowania, które musi być zgodne z przepisami prawa, jak również przedstawiać faktycznie przeprowadzone czynności i ustalenia. Powołując się na § 16 ust. 2 pkt. 5  Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 27 kwietnia 2011 r. w sprawie przygotowania i przeprowadzania kontroli stanu zabezpieczenia informacji niejawnych, wskazujący, że: Protokół kontroli powinien zawierać (…) opis stwierdzonego w wyniku kontroli stanu faktycznego, w tym ustalonych nieprawidłowości, z uwzględnieniem przyczyn ich powstania i zakresu, nie mamy wątpliwości, żewykazany przez Panią Agnieszkę Kwiatkowską-Gurdak optymizm, że kontrola dla CBA okazała się pomyślna, nie był bezzasadny. Jeśli w protokole tym nie pojawiły się ustalenia świadczące o nieprawidłowościach dotyczących braku akredytacji, do ujęcia których ABW była zobligowana przepisem prawa, to słusznie wywnioskowano, że takich nieprawidłowości w jednostce kontrolowanej nie stwierdzono. Skąd więc ta nagła zmiana? Wprowadzenie tej nieprawidłowości do Wystąpienia pokontrolnego i ogłoszenie jej w mediach przez Prokuraturę, która zakładamy przez kilka miesięcy prowadzenia śledztwa zebrała na pewno wiele innych wyjaśnień w tej sprawie, jest kolejną poszlaką wskazującą na instrumentalne prowadzenia medialnej narracji i chęć postawienia zarzutów, wpisujących się w polityczne oczekiwania.

    Na koniec nie pozostaje nic innego, jak wyrazić nadzieję, że Prokuratorzy zachowają niezależność w prowadzonym postępowaniu i wykorzystają opisaną wyżej okoliczność do zweryfikowania, czy wniosek dotyczący obowiązku akredytacji tzw. systemu Pegasus nie został sfabrykowany na polityczne zamówienie. Na pewno nieodzowne w tym zakresie będzie porównanie Wystąpienia pokontrolnego z treścią Protokołu z kontroli, ponieważ powinny być one tożsame w zakresie ustaleń faktycznych i stwierdzonych na ich podstawie nieprawidłowości. Ponadto wyrażamy przekonanie, że sprawą tą powinna zająć się Komisja do Spraw Służb Specjalnych, ponieważ jest organem kontroli monitorującym prawidłowość działań służb specjalnych, w kompetencjach której na pewno pozostaje możliwość weryfikacji, czy w opisanej sprawie doszło do nieprawidłowości. Chcielibyśmy wierzyć, że to tylko zbieg nieszczęśliwych okoliczności, które doprowadziły do niefortunnego sformułowania nieprawidłowości w Wystąpieniu pokontrolnym. Niestety realny ogląd sytuacji nie pozwala na zbagatelizowanie doniesień medialnych, czujemy bowiem, że w kontekście prawnym i faktycznym wskazana w Wystąpieniu nieprawidłowość ma nie tylko wszelkie cechy mistyfikacji, ale jeszcze siłę realną do zdemolowania fundamentów funkcjonującego w Polsce od lat systemu ochrony informacji niejawnych, który z pewnością nie powinien podlegać nowej procedurze pod nazwą „akredytacja politycznej kalkulacji”.

  • „Nikt nie ma władzy nad okolicznościami, ale każdy ma władzę wyboru” – warto o tym pamiętać w momencie, kiedy władza polityczna tego wyboru nas pozbawia.

    „Nikt nie ma władzy nad okolicznościami, ale każdy ma władzę wyboru” – warto o tym pamiętać w momencie, kiedy władza polityczna tego wyboru nas pozbawia.

    Uchylenie przez WSA w Warszawie decyzji, podjętej na podstawie uchwały KRRiT z 21 czerwca 2024 r., w przedmiocie przyznania Telewizjom: Republika i wPolsce24 koncesji gwarantującej nadawanie na multipleksie MUX-8 programów informacyjno-publicystycznych, jest kolejnym etapem wdrażania przez „demokraturę” mitycznej praworządności, której ofiarą, jeśli nie będziemy protestować, stanie się nasza wolność do korzystania z informacji i prawo do swobodnego kształtowanie światopoglądu. A tak się składa, że z misją programową tych stacji identyfikuje się już kilkanaście milionów Obywateli, czyli znaczna część suwerena[1], którego Sędzia WSA pozwala sobie nietaktownie marginalizować, twierdząc, że: „do wydania koncesji nie wystarczą listy intencyjne, listy poparcia czy datki od widzów”.

    Naprawdę? Poparcie zdesperowanych Obywateli, gotowych do finansowania mediów z własnej kieszeni, a także dokonany przez nich świadomy wybór stacji telewizyjnych kierowanych przez środowiska, których wiarygodność na rynku mediów jest identyfikowalna od wielu lat, naprawdę tak mało waży w sprawie dotyczącej konstytucyjnych gwarancji odnoszących się do wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji? Dodajmy, że w pewnej części są to Ci sami Obywatele, którzy byli wyborcami obecnych partii opozycyjnych, pozbawianych prawa do subwencji na prowadzenie równej kampanii prezydenckiej.

    Po kolejnej egzemplifikacji „przywracania praworządności” większość Obywateli nie powinna mieć złudzeń, że za sprawą działania pewnej określonej grupy Sędziów chwiejna jest obecnie pozycja konstytucyjnej gwarancji, że: Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny[2]. Wystąpienie Pani Sędzi stanowiło spektakl okraszony uśmiechem i przeświadczeniem, że nic się nie dzieje kontrowersyjnego – po prostu jeden z podmiotów skorzystał z przysługujących mu praw i zaskarżył decyzję regulatora. Jednak termin rozstrzygnięcia i sofistycznie brzmiąca argumentacja, że mogło dojść do niewystarczającego uwzględnienia ryzyka związanego – z pojemnym znaczeniowo – zapewnianiem bezpieczeństwa, jak również sugerowanie, że w przyznawaniu koncesji nie wykazano się starannością  w badaniu każdego wniosku, wzbudziło u Obywateli uzasadniony niepokój, ponieważ wykazywane braki wcale nie brzmiały ewidentnie. Można było nawet odnieść wrażenie, że ich szukanie było istotniejsze niż argument, że Obywatele takich mediów właśnie potrzebują. Przypomnijmy również, że wsłuchiwanie się w ten głos należy do powinności władzy, ponieważ zapewnienie wolności mediów i prasy, to obowiązek państwa[3].

    Zwracamy się więc ku przestrodze do tych, którzy jeszcze nie dostrzegli, że od 13 grudnia 2023 r. w naszym kraju przywracana jest „mityczna praworządność” służąca tylko garstce świadomych jej dziejowej doniosłości. Historia przepełniona jest takimi szaleńczymi zapędami, które w swoich początkach pochłonęły społeczną naiwność: Niedawno, w czasie rozmowy telefonicznej z Blumenfeldem, przyszło mi do głowy słowo „rechtens” – Gdy Hitler rozprawił się ze swoimi wrogami „podług prawa stanu wyjątkowego”, kazał swojej Radzie uchwalić, że wszystko odbyło się „rechtens” – „zgodnie z prawem”. Najzwięźlejsza, najbardziej afirmatywna, najbardziej germańska formuła prawa jako antidotum…[4] Właśnie dla wprowadzenia „stanu zgodnego z prawem” Obywatele są obecnie uświadamiani, że ich złe położenie emocjonalne, duchowe, ekonomiczne oraz społeczne wynika z konieczności ciągłej walki z „wrogiem praworządności” – i najlepiej, gdyby sami zaczęli zwalczać go już w sobie, rezygnując z wolności wyboru mediów. Z pewnością głosy rozważnych będą podkreślały, że larum jest przedwczesne, bo koncesja jeszcze obowiązuje, w końcu decyzje KRRiT do czasu rozstrzygnięcia skargi kasacyjnej pozostają w mocy, a poza tym do czasu wyborów prezydenckich obie telewizje będą działać. Może i tak, jest jeszcze kasacja w NSA, więc nie wszystko przesądzone… Warto jednak już na tym etapie, tj. przed wyborami, przemyśleć refleksję o „rechtens”, ponieważ ani się obejrzymy, a po 1 czerwca br. naprawdę wszystko może być już „zgodne z prawem”, które domknięty układ uchwali tak, jak będzie podpowiadał mu z całą bezwzględnością jego własny instynkt przetrwania.

    Nawiązując do tytułowego przesłania artykułu, pamiętajmy, że nie mając władzy nad okolicznościami, które kreuje „demokratura” wedle własnej wizji „praworządności”, posiadamy jeszcze władzę wyboru!

    W obliczu roztaczanej przed Obywatelami wizji cenzury prewencyjnej i ujawnionymi przypadkami działań wskazujących na realne zagrożenie podstawowych praw i wolności, Stowarzyszenie Orla Rota – Niezależni w Służbie dla Polski przyłącza się do protestów w obronie wolności mediów, równego dostępu Obywateli do informacji i przeciwko dyskryminowaniu Ich w życiu politycznym i społecznym ze względu na wyznawany światopogląd!


    [cytat w tytule] Éric-Emmanuel Schmitt, Przypadek Adolfa H., Kraków 2012.
    [1] 1. Władza zwierzchnia w Rzeczpospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. – art. 4 Konstytucji RP.
    [2] art. 32 Konstytucji RP.
    [3] Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu – art. 14 Konstytucji RP.
    [4] Viktor Klemperer, Chcę dawać świadectwo aż do końca, Dzienniki 1933-1945, Kraków 2000.

  • „Człowiek został stworzony, by wątpić w siebie, ale nie w prawdę” – jeszcze kilka słów w sprawie śmierci Śp. Pani Barbary.

    „Człowiek został stworzony, by wątpić w siebie, ale nie w prawdę” – jeszcze kilka słów w sprawie śmierci Śp. Pani Barbary.

    Na naszych oczach mają miejsce dramaty, w których opinia publiczna nie tylko testuje swoją spostrzegawczość, ale przede wszystkim empatię i szacunek dla wartości, jakimi są życie ludzkie i godność człowieka, szczególnie w świętej chwili jego przemijania. Toczona medialnie zbiorowa dyskusja o tragedii, jaka rozegrała się w ubiegłym tygodniu, kiedy po kilkudziesięciu godzinach po przesłuchaniu zmarła wieloletnia współpracowniczka Pana Prezesa PiS – Śp. Pani Barbara, stała się areną ścierających się emocjonalnych opinii, które musiały wygenerować niepokój u rządzących i ich akolitów. Okazało się bowiem, że przewagę w tej zbiorowej refleksji zyskało przeświadczenie, że programowa intoksykacja hasłami o dziejowej zemście na wrogach demokracji walczącej, jest nie tylko czystą obłudą pozbawioną wartości, ale również zagraża godności ludzkiej i wyłącza ochronę podstawowych dla człowieka wartości tam, gdzie przewagę zyskuje interes politycznej walki. Żywimy przekonanie, że większa część opinii publicznej nie da się zmanipulować sugestiami, że głos w tej sprawie to przejaw funeralnej polityki, ponieważ wierzymy, że dojrzała dyskusja społeczna, prowadzona z kulturą i bez kłamstwa, to przejaw bezpośredniej i korzystnej ingerencji obywatela tam, gdzie państwo nie zdało egzaminu, tolerując mechanizmy zemsty za wszelką cenę.

    Zwracamy również uwagę, że pytania o ewentualny związek pomiędzy sposobem przesłuchania Świadka a Jego śmiercią nie zostały wygenerowane sztucznie przez media, a są konsekwencją całego szeregu zdarzeń, świadczących o głębokiej potrzebie, jaką wyrażają poruszeni obywatele szukający sprawiedliwego osądu, ponieważ swoboda składania zeznań jest częścią szeroko pojętych praw i wolności, które władza ma obowiązek zagwarantować w tym i każdym innym przypadku.

    Chcemy wyrazić głęboki żal po śmierci Śp. Pani Barbary i poprosić o wyrozumiałość Jej Bliskich, wierząc, że nie dopuścimy się żadnej niestosowności, próbując pokazać, jak wiele kwestii powinno wejść w obszar zainteresowań zapowiadanego w Prokuraturze Okręgowej Warszawa – Praga Północ śledztwa, mającego wyjaśnić wszystkie okoliczności tragicznego zdarzenia.

    Na początku należy zwrócić uwagę na pobocznie podawany w mediach wątek publikacji artykułu Redaktora Gazety Wyborczej, który explicite wskazał, że zeznania Śp. Pani Barbary obciążyły Pana Prezesa PiS. Zrobił to w momencie, w którym opinia publiczna już wiedziała o śmierci Śp. Pani Barbary, nie bacząc na zawarte w nim treści i szczególny czas. Zważywszy, że zrealizował zamiar w poniedziałek tj. 17 marca br., należy uznać, że był przekonany, że zawarte w nim treści są prawdziwe albo że przedsięwzięty plan polegał na ordynarnie i świadomie wprowadzonym do opinii publicznej kłamstwie. Trzeciego przypadku, w którym Redaktor GW został wprowadzony w błąd, nie bierzemy oddzielnie pod uwagę, ponieważ nie ma już znaczenia dla opisu samego mechanizmu, kto i na którym poziomie komunikacji był niedoinformowany, w końcu i tak ostatecznie istnieje poziom, na którym ktoś z premedytacją chciał wprowadzić do obiegu ordynarne kłamstwo i co najwyżej nie zdążył powiadomić o tym Redaktora GW. Nie trzeba wcale wnikliwego oka, żeby zobaczyć zalążki wcześniej skrojonego planu, o którym już wiemy po śmierci Pani Barbary, że był uruchomiony z pakietem ryzyk w nim nieprzewidzianych, ale o tym wiedzą już też jego twórcy. Nasuwające się pytanie, co to za gra, w której rzekomo Śp. Pani Barbara miała zeznać, że nie przekazywała Panu Prezesowi żadnego pełnomocnictwa do określonych czynności, skoro było odwrotnie, powinno w Prokuraturze przyjąć formę konkretnych zapytań o to, jakie były założenia planu i kto w nim brał udział. Nie chcemy kolejnych zwulgaryzowanych i prymitywnych pogadanek, kto do kogo dzwonił po wyjściu z przesłuchania Śp. Pani Barbary, czy też pseudodyskusji, czy zwrot: zeznała, że nie podpisywała pełnomocnictwa oznacza pełnomocnictwo przekazałam w sposób formalny, ale chcemy, aby zadziałały odpowiednie procedury wynikające z przepisów prawa, niewypaczonego przez wizjonerów nowego porządku.  

    Nie można bowiem zapomnieć, że wznowienie sprawy „Dwóch wież” to zadanie, które zostało wpisane na listę spraw o wadze priorytetowej, chociaż nie ma ona żadnego ciężaru gatunkowego, szczególnie po umorzeniu jej przez sąd. Trudność w „wydłubywaniu” cennych „przesłanek”, które mogłyby świadczyć o przestępstwie, zgłaszała sama Pani Prokurator. Nie mamy wątpliwości, że jej olbrzymie doświadczenie nie pozwoliło zapomnieć, że w pewnych procesowych okolicznościach nie wolno przekraczać granicy w poszukiwaniu „dowodu” z zeznań świadka, ponieważ może za to grozić podejrzenie o tworzenie fałszywych dowodów. Niemniej ta kwestia też powinna znaleźć się pod lupą Prokuratury. Istotna jest bowiem weryfikacja, jak przebiegało przesłuchanie i jakie motywy działania kierowały Panią Prokurator, a także jak swoją rolę opiszą inni jego uczestnicy. To zupełnie podstawowe zadanie, skoro doszło do śmierci świadka na skutek rozległego zawału, który w chwili opuszczania Prokuratury był w stanie wysokiego poziomu zdenerwowania, na co wskazywał jego pełnomocnik, niedopuszczony do udziału w czynnościach przesłuchania, w którym dodajmy, nie brał udziału również protokolant i którego przebieg nie był nagrywany.

    W tych okolicznościach trudno nie zaakcentować, że wytworzony podczas przesłuchania układ sił 3:1 może mieć, i dlatego powinien zostać zbadany, związek z „kłamstwem” Redaktora GW, który z przekonaniem oświadczył w artykule, że informacja z zeznań świadka jest prawdziwa. Nie budzi również wątpliwości, że protokół z przesłuchania powinien być poddany badaniu biegłych pod kątem wiarygodności. Tym bardziej, że świadek ze względu na problemy ze wzrokiem nie mógł samodzielnie odczytać treści zaprotokołowanych przez Panią Prokurator, a przy braku audiorejestracji trudno będzie zweryfikować, jak wyglądały poszczególne czynności przesłuchania. Mamy nadzieję, że Prokuratura nie ominie żadnych z okoliczności, szczególnie, że przesłanek do szerszego spojrzenia na sposób przeprowadzenia przesłuchania dostarczyli sami biorący w nim udział, a co warto podkreślić nie są oni prywatnymi osobami tylko sprawują funkcję i reprezentują organy państwa. Mamy nawet jakieś niejasne przypuszczenie, że obecność Pełnomocnika Śp. Pani Barbary, gdyby oczywiście był dopuszczony do przesłuchania, podziałałaby na świadomość nieznanych nam „trzech źródeł”, które przeniosły swoje przekonanie o treści zeznania świadka na Redaktora GW.

    Połączmy więc kolejne fakty i opinie, szczególnie posiłkując się tym, co już napisała GW i wypowiedziała Pani Prokurator. Przede wszystkim powoływała się ona na swój profesjonalizm i doświadczenie, którego nie zamierzamy kwestionować, a nawet pokładamy w jej przekonaniu nadzieję, że dzięki deklarowanemu profesjonalizmowi nasze argumenty spotkają się z jej aprobatą. Należy bowiem podkreślić, że art. 87 ust. 3 kpk wskazujący, że Prokurator może odmówić dopuszczenia do udziału w postępowaniu pełnomocnika, o którym mowa w § 2, jeżeli uzna, że nie wymaga tego obrona interesów osoby niebędącej stroną, nie oznacza, że ma w tym uznaniu stać ponad obowiązkiem do przeprowadzenia oceny, dlaczego w tym przypadku podejmuje taką a nie inną decyzję. A tego post factum się nie dowiedzieliśmy z przekazów, tym bardziej, że brak przeświadczenia Prokuratora w chwili rozpoczynania przesłuchania, że świadek nie będzie pytany w kierunku osoby podejrzanej, to tylko element oceny jego sytuacji procesowej, w której nie jest stroną. Nie będziemy powtarzać słusznych argumentów, które przemawiały za dopuszczeniem pełnomocnika, ponieważ od wielu dni rozpisuje się o tym część przyzwoitych mediów i opinia publiczna, oburzona postawą decydentów w tej sprawie. Mamy świadomość, że sprowadzanie tak istotnych kwestii do suchego brzmienia przepisu jest niewłaściwe, ponieważ sprowadza całą tragedię do nieuprawnionej refleksji, że Śp. Pani Barbara, wyrażając swoją wolę, nie dość się upierała ze swoim Pełnomocnikiem i być może tak się zdarzyło, że wywiedziona z przepisu kompetencja wzięła górę nad właściwą oceną sytuacji świadka. I nawet jeśli przyjmiemy, że przekazywana do mediów przez Panią Prokurator argumentacja była niepełna i będzie pogłębiana w Prokuraturze, a wyrażany przez nią wcześniej pogląd, że żyjemy w czasach powojennych, gdzie po lasach grasują bandy a państwo jest zagrożone i trzeba działać w sposób niestandardowy, nie miał tutaj zastosowania, to jednak niefrasobliwości Prokuratorowi z takim stażem nie ośmielimy się zarzucić.

    Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy zostały naruszone prawa świadka, to warto sobie wyobrazić, że gdyby nie doszło do tej tragicznej śmierci i protokół z przesłuchania stanowiłby informację publiczną, niestety reglamentowaną wyłącznie przez Redaktora GW, to przekaz Prokuratury i GW zapewne nie budziłby wśród obywateli żadnego dysonansu do czasu, w którym Śp. Pani Barbara postanowiłaby na drodze sądowej bronić swoich dóbr. Zanim by jednak do tego doszło, z pewnością mielibyśmy natrętne suflowanie, że w sprawie „Dwóch wież” pojawił się dowód z zeznań, temu w końcu służył artykuł Redaktora GW, podsycający nagonkę, ku uciesze określonego kręgu osób pragnących, żeby śledztwo za wszelką cenę było rozwojowe. Śp. Pani Barbara byłaby cały czas zakładnikiem tej samej formuły 3:1, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, kto ze swoją narracją przedzierałby się w sposób skuteczniejszy.

    Na koniec zostawiliśmy najmocniejszą wersję zdarzeń, która mamy nadzieję, że posłuży wszystkim tym, którzy tak łatwo chcieliby zamknąć dyskusję publiczną o prawach przesłuchiwanego świadka, mając nadzieję, że może zmienią zdanie, a przynajmniej wyciszą podłe tony wobec tych, którzy chcą dochodzić prawdy nierelatywizowanej politycznymi uniesieniami. Wierząc Redaktorowi GW, że „trzy źródła” istnieją, załóżmy czysto hipotetycznie, że pojawienie się informacji w artykule GW o dowodzie obciążającym Pana Prezesa PiS z perspektywy tych osobowych „źródeł” nie jest kłamstwem szytym od początku, ale obecnie uchodzi za kłamstwo ze względu na różne okoliczności, które uniemożliwiły realizację wstępnego planu, o którym też pisaliśmy wcześniej. Wtedy informacja z artykułu GW uchodząca za kłamstwo jest śladem, że ktoś mógł żyć w mylnym przeświadczeniu, że wieść o nowym dowodzie w sprawie i zapisy protokołu będą na pewno tożsame, a to że tak się nie stało i na dodatek nie zostało odpowiednio wcześniej odwołane, to kwestia zupełnie innych czynników. Domyślamy się, że scena polityczna pałająca żądzą zemsty nie wykaże zrozumienia dla takich hipotez, ponieważ do hasła „każdy jest równy wobec prawa” dodano przez ostanie półtora roku „tak jak my je rozumiemy”. Oczywiście już wiemy, że protokół nie jest tożsamy z treścią artykułu, ale pragniemy tym przykładem zaakcentować, że sprawa dotycząca wyjaśnienia okoliczności, w jakich przebiegało przesłuchanie Śp. Pani Barbary jest jedną z tych spraw, w których intuicyjne poczucie niesprawiedliwości podnoszone przez obywateli, nie powinno być zwalczane. Trudno dziwić się, że w społecznej dyskusji o ochronie praw Śp. Pani Barbary podnoszone są argumenty, że była pozbawiona ochrony, ponieważ dawało to możliwość wpływania na jej zeznania. Opinia publiczna nie chce również zadawalać się zapewnieniami Pani Prokurator, że Starsza Pani była uroczą i kulturalną osobą, a fakt, że podczas przesłuchania nie miała przy sobie Pełnomocnika nie jest warte zainteresowania. W tym kontekście mamy głębokie przeświadczenie, że zwrot: pełnomocnictwo przekazałam w sposób formalny, jest istotnym „śladem”, którym podążyliśmy, wskazując, że na kłamstwo w artykule GW należy patrzeć metodycznie. Mamy również przeświadczenie, że wskazany wyżej „ślad” pozostawiła Starsza Pani znająca demaskatorską siłę prawdy, bez względu na presję, jakiej została poddana podczas przesłuchania. R.I.P.

  • „Szybko kończymy, bo zaraz tu wejdzie”– komediodramat z Komisją do spraw tzw. Pegasusa

    „Szybko kończymy, bo zaraz tu wejdzie”– komediodramat z Komisją do spraw tzw. Pegasusa

    Kolejne posiedzenie Komisji śledczej do spraw tzw. Pegasusa, na którym miał być przesłuchany Pan Minister Zbigniew Ziobro obnaża prawdziwy cel jej funkcjonowania, o którym co prawda pisaliśmy w cyklu „Piórem i Szponem” wiele razy, ale jak widać komisyjny serial nie pozwala o sobie zapomnieć. Można uznać, że 31 stycznia br. obywatele byli świadkami kolejnego kuriozum, w którym Komisja groteskowo udowodniła, że ślepa zemsta determinuje ją do czynów, odbierających powagę państwu i szacunek dla obywateli. Oczywiście można przyznać, że vis comica jej członków osiągnęła wyżyny, ale trudno uznać, aby samym śmiechem można było zrekompensować proces destabilizacji porządku prawnego i marnotrawstwo dla finansów publicznych, do czego obecnie Komisja się przyczynia, nie uznając obecnego stanu prawnego i ignorując ryzyko ujawniania informacji prawnie chronionych, o czym pisaliśmy we wcześniejszym artykule – „Tajemnica prawnie niechroniona”.

    Mając na względzie, że liczba wydarzeń zarejestrowanych pod wspólnym tytułem – doprowadzenie Pana Ziobry przed Komisję śledczą, stała się zapewne rezerwuarem memogennych inspiracji i komentarzy adresowanych do opinii publicznej, warto i tak choć w skrócie odnotować kilka kwestii, które stanowiły o wielomiesięcznych przygotowaniach do przesłuchania Pana Ziobry. W jego przypadku scenariusz medialnego spektaklu napisano z wyjątkowym zacietrzewieniem. W zasadzie od początku działania Komisji wiadomo było, że będzie on brutalnie ścigany. I nawet choroba Pana Ziobry nie stanowiła przeszkody do bezlitosnego „show”, w którym karmiono społeczeństwo stwierdzeniami, że każdy jest równy wobec prawa, jakby to miało oznaczać, że Komisja ma prawo prowadzić etycznie nieakceptowalną nagonkę na człowieka dotkniętego nowotworem, bezczelnie kwestionując najpierw jego istnienie, a później starając się strywializować jego ciężar. Miesiącami tworzono charakterystyczny klimat dla „medialnej egzekucji”. Uchylenie immunitetu, a także orzeczenia sędzi Anny Ptaszek, której nie wyłączono podczas drugiego wniosku o doprowadzenie Pana Ziobry, mimo że orzekała w jego sprawie dotyczącej kary finansowej za niestawiennictwo, stanowiły domknięcie pewnego etapu, który należało zwieńczyć finałem.

    Zapowiadała go knajackim językiem sama Komisja, dając do zrozumienia, że będzie bezlitosna. I tak, w dniu doprowadzenia Pana Ziobry na posiedzenie Komisji, od wczesnego rana mogliśmy obserwować kilka grup funkcjonariuszy Policji szukających świadka pod różnymi adresami, w towarzystwie ekip dziennikarskich. Po nieoczekiwanym pojawieniu się Pana Ziobry w Telewizji Republika i zaprezentowaniu w wywiadzie swoich racji, pozostawało tylko czekać na rozwój wypadków, które miały się rozgrać do godz. 10.30, tj. w terminie, w którym Policja zobowiązana była doprowadzić świadka przed Komisję. Tuż przed wskazaną godziną usłyszeliśmy krzyk: „Proszę opuścić schody, proszę usunąć się ze schodów! Będziemy je uruchamiać!”, świadczący o tym, że Pan Ziobro postanowił opuścić Telewizję Republika i dobrowolnie oddać się Policji. Przez niespełna 7 minut zbudowano napięcie w hitchcockowskim stylu – Pan Ziobro schodzący do Policjantów po schodach, których w końcu nie uruchomiono, przedzierający się przez tłum okalających go dziennikarzy, mijające sekundy odciskające się na czole kroplami potu u wrażliwego widza i metry dzielące świadka od Policjantów. A jednak zdążył i pewnie wielu widzów pomyślało, że jest więc szansa, że zostanie przesłuchany! Rzecznik Policji zresztą potwierdził, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, ale wiadomo było, że to jeszcze nie koniec, bo przecież pozostała droga do Sejmu, a tam szykował się polifoniczny finał, którego w tamtym czasie trudno było przewidzieć. Jeszcze poprzedniego dnia Pan Zembaczyński grzmiał w programie Moniki Olejnik: „(…) widzę taką uzbrojoną tchórzofretkę, bo nie wiadomo, czy da dyla, czy wyciągnie swoje pukawki z szafy i zacznie strzelać, a to co powinien zrobić, to być do naszej dyspozycji (…) Jesteśmy przygotowani na każdy cyrk (…)”.

    Powyższe zapewnienia rozminęły się jednak z rzeczywistością. Okazało się bowiem, że dla Komisji lepszy od świadka, jest świadek przewożony na posiedzenia z aresztu śledczego na Białołęce i temu członkowie Komisji postanowili poświęcić ostanie minuty przed przyjściem Pana Ziobry. Akcja stała się gęsta od emocji, ale jedno widać było wyraziście, że nerwowość wzrastała wraz z upływem cennych minut, bo lada moment mógł pojawić Pan Ziobro i przegłosowanie niezgodnej z prawem uchwały o skierowanie wniosku o trzydziestodniowy areszt dla świadka byłoby niemożliwe. W tej sytuacji o suspens w wątku głosowania postarał się Pan Przemysław Wipler, który nie tylko zabrał Komisji swoim wystąpieniem  cenne minuty, ale jeszcze zdemaskował prawdziwe jej intencje, twierdząc, że hucpą jest to, co właśnie robi Komisja: „(…) Od kwietnia zeszłego roku nie są publikowane bezprawnie jakiekolwiek orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Mówienie, że sprawa jest prosta, że ktoś sobie lekceważy prawo w momencie, gdy premier i rząd blokuje publikację wyroków Trybunału Konstytucyjnego, w tym orzeczenia stwierdzającego nielegalność tej komisji, to jest właśnie hucpa. (…) To jest tak, jakbyście zaczęli inwigilować obecnych polityków opozycji, żeby pomóc rozwiązać kwestie związane z nadużywaniem inwigilacji. (…) to jest absurd to, co robicie, dlatego będę przeciwny temu wnioskowi”.

    Po jego wystąpieniu jeszcze pod adresem Pana Ziobry padło wiele gorzkich słów, jakby faktycznie nie był Komisji do niczego potrzebny, w końcu uznano go z góry za winnego, a fakt, że już znajdował się w budynku Sejmu było wyraźnie dla Komisji niekorzystne, dlatego w pośpiechu zaczęła przyjmować uchwały. Znaczące ostrzeżenie jednego z członków Komisji – „Szybko kończymy, bo zaraz tu wejdzie”,  dało asumpt do niechlubnego głosowania, błyskawicznego zamknięcia posiedzenia i szybkiej ucieczki członków Komisji w poczuciu niezrozumiałego zwycięstwa nad Panem Ziobro. Tak, nie wszedł na salę obrad o godz. 10.30, podobnie jak w przypadku Komisji, która wiele razy rozpoczynała obrady po upływie kilku minut od ogłoszonej na stronie sejmowej godziny rozpoczęcia posiedzenia i nikt nie robił jej z tego tytułu zarzutu. Ponadto gospodarzami czynności doprowadzenia byli Policjanci, a nie Pan Ziobro, a oni już realizowali konwój, ponieważ świadek zgłosił się w terminie, który umożliwił im realizację procedury. Tak więc Komisja miała obowiązek czekać na zakończenie czynności doprowadzenia świadka, ponieważ wiedziała, że taka czynność się odbywa. Komisja jednak wolała odpowiednio sterować biegiem zdarzeń, jakby już niczego nie chciała osiągnąć poza śmiesznością, bo jak się okazało z późniejszych relacji – świadka dzieliło od niej tylko kilka metrów i jak sam stwierdził w wywiadzie Pan Ziobro, przed drzwiami przedstawiciel Straży Marszałkowskiej przekazał mu przy Policjantach, że jest mu bardzo przykro, ale ma polecenie od Przewodniczącej Komisji i świadek musi czekać (sic!). Relację tę na pewno uwiarygadnia komunikat na stronie Kancelarii Sejmu RP o treści: „Zadaniem służb, w tym Straży Marszałkowskiej, było doprowadzenie świadka Zbigniewa Ziobro na komisję. To zadanie wykonano zgodnie z procedurami i bez zbędnej zwłoki. O przebiegu posiedzenia, w tym rozpoczęciu przesłuchiwania świadka, decyduje komisja”, który zabrzmiał demaskatorsko i obnażył powzięty przez członków Komisji – z wyjątkiem Pana Wiplera, plan pod hasłem „dezercja”.

    Cokolwiek śmiesznie zabrzmiało w powyższej relacji, niestety nie jest zabawne, ponieważ odziera jednocześnie ze złudzeń, wskazując, że misja odwetu jest nadrzędna, a marnowanie sił i środków, szczególnie w dziedzinie bezpieczeństwa państwa, nie jest niczym nagannym dla Komisji. Karmienie obywateli rozliczeniami politycznymi, dla których w zasadzie zdemolowano praworządność, wtłaczając społeczeństwu wizję „cyberbroni” wymierzonej w obywatela, to jakiś podsycany programowo obłęd, który jednocześnie ma stępiać jego umysł, aby mógł usprawiedliwiać bezmyślny lincz na przeciwnikach politycznych, sięgający po przypadkowe ofiary. I co istotne, w ciągu całego ubiegłego roku społeczeństwo mogło obserwować modus operandi Komisji i przekonywać się, że nie przybliża on do żadnej prawdy, a nawet stanowi przeszkodę w wyjaśnieniu potencjalnych wątpliwości. Dzięki niemu Komisja skutecznie niszczy szacunek do organów państwa stojących na straży bezpieczeństwa oraz lekceważy skutki, które obywatele odczują na własnej skórze, kiedy państwo nie będzie w stanie przeciwstawić się brutalnej przestępczości i obcej agenturze, tylko dlatego, że nie posiada odpowiednich narzędzi, które umożliwiają skuteczne działanie. Należy również zwrócić uwagę na wyjątkowo ważną kwestię, która nie wybrzmiewa w medialnych przekazach dobitnie, że Komisja wskazany wyżej spektakl prowadzi równolegle do postępowania w Prokuraturze, inaczej rzecz ujmując, niezdarnie i w okrojonym zakresie powiela czynności Prokuratury (sic!).

    Patrząc więc na komisyjne ekscesy, trudno nie uznać działalności Komisji za czystą groteską, wziąwszy pod uwagę, że jej legalność została zakwestionowana przez „sąd ostatniego słowa”. Przypomnijmy więc, że Komisja śledcza ignoruje wyrok U 4/24 Trybunału Konstytucyjnego z dnia 10 września 2024 r., na mocy którego została zakwestionowana możliwość funkcjonowania Komisji nieposiadającej uprawnień do oceny zasadności zgód na zastosowanie kontroli operacyjnej, w związku z nieuprawnionym wkraczaniem w sferę sędziowskiej niezależności. Ponadto będąc organem kontrolnym prowadzącym śledztwo sejmowe w granicach podmiotowych i przedmiotowych funkcji kontrolnej Sejmu, obrała sobie za zakres badań informacje dotyczące pracy operacyjno-rozpoznawczej, do których nie może mieć dostępu, ponieważ nie jest sądem ani prokuratorem. Odrzucając wyrok Trybunału Konstytucyjnego, Komisja w poczuciu fałszywie pojętej misji o ustaleniu stanu faktycznego, feruje wyrokami i de facto realizuje za cenę bezpieczeństwa państwa tylko medialne widowisko, czyniąc z wniosków o kary porządkowe demonstrację siły. Przymuszając do  składania zeznań obywatela, dla którego wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest ostateczny. I nie bierze pod uwagę, że w takich okolicznościach przymuszanie do zeznań dotyczących tajemnicy prawnie chronionej, wiąże się z nieuprawnionym dostępem do informacji niejawnych, których ujawnienie w przepisach ustawowych zostało określone rozmiarem szkody dla interesów Rzeczpospolitej Polskiej (art. 5 ustawy z dnia 5 sierpnia 2010 roku o ochronie informacji niejawnych oraz art. 24 i 28 ust. 2 ustawy z dnia 9 czerwca 2006 r. o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym) i podlega penalizacji.

    Wyjątkowo obłudnie brzmi również argument Komisji, że jest w prawie, ponieważ wyrok U4/24 z 10 września 2024 r. nie został opublikowany w odpowiednim dzienniku urzędowym. Komisja bowiem zdaje się naiwnie zakładać, że obywatele nie wiedzą, że niepublikowanie wyroków jest naruszeniem norm, wynikających z ustawy z dnia 20 lipca 2000 r. o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnychi nie jest traktowane jako czynność uznaniowa, tylko obowiązek konkretnego urzędnika, który podlega odpowiedzialności karnej za zaniechanie, o którym mowa w art. 231 §  1 kk – „Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

    Trudno więc uznać, że zaniechanie publikacji wyroku U 4/24, w tym przypadku prowadzące do umyślnego naruszenia zasady legalizmu (art. 7 Konstytucji RP), jest w mocy usunąć znamię wadliwości funkcjonowania Komisji, tylko dlatego, że twierdzą tak: jej członkowie, określona grupa prawników, polityków i dziennikarzy, chcących uchodzić za samozwańcze gremium naprawiające praworządność wedle własnych pozakonstytucyjnych reguł.

    Uwzględniając powyższe argumenty, warto zadać pytanie, ile kosztuje działalność Komisji? Na pewno więcej niż podawana oficjalnie kwota miesięczna w wysokości 200 tys. zł, trudno bowiem nie zakładać, że dużo bardziej dotkliwe są i będą koszty ukryte, które płacimy w fundowanym nam demolowaniu praworządności. Nie ma chyba też złudzeń, że organizacja każdego spektaklu, który zafundowała nam Komisja, odbywała się nie tylko przy udziale Policji i służb, ale również świadków i ekspertów z innych instytucji, realizujących politykę zemsty, jeśli nie w swoim imieniu, to swoich mocodawców politycznych lub występujących w dobrej wierze, z nadzieją, że przyczyniają się do ustalania jakiejś prawdy. W tym miejscu szczególnie należy podnieść, że pomoc udzielana Komisji przez Policję, służby i inne podmioty nie tylko drenuje ich budżety przydzielone na realizację ustawowych zadań, ale również niszczy potencjał osobowy, który nie jest bezwolnym narzędziem, nierozumiejącym, do jakiej akcji jest wykorzystywany.

    Ostatnie ekscesy podczas doprowadzania Pana Ziobry na posiedzenie Komisji należy ocenić jako coś przełomowego, bowiem okazało się, że żądza zobaczenia świadka w areszcie wygrała z elementarnym poczuciem przyzwoitości i profesjonalizmu. Żaden członek Komisji nawet nie zadał sobie pytania, czym Komisja uzasadni wniosek do Prokuratora Generalnego o uruchomienie procedury związanej z trzydziestodniową karą aresztu, jeśli ani ustawa o sejmowej komisji śledczej ani przepisy kodeksu postępowania karnego nie przewidują kary porządkowej za skuteczne doprowadzenie świadka na posiedzenie komisji!!! Okoliczność, w której członkowie Komisji faktu tego nie dostrzegają, nie obciąża przecież świadka, który nawet nie miał okazji uporczywie uchylać się od składania zeznań (art. 287 kpk), ale bezsprzecznie jest blamażem samych członków Komisji, którzy przejawiając predylekcję do bezmyślnej zemsty, powzięli decyzję o uporczywym nieodbieraniu zeznań od świadka i w tym celu postanowili zdezerterować. Oprócz kompromitacji Komisji z całej akcji wyziera niestety okrutna prawda, że jej członkowie nie są zdolni nie tylko do obiektywnego ustalania stanu faktycznego zgodnie z zakresem przyznanych im uprawnień i dokonywaniu jego oceny na podstawie obowiązującego prawa, ale również nie są zdolni do rzetelnej weryfikacji pozyskanego materiału, jeśli przeczy faktom. Ponadto ich działanie jest nacechowane takim poczuciem bezkarności i buty, że nie należy oczekiwać, że są w stanie  zrozumieć, na czym polegały ich dotychczasowe błędy w gromadzeniu środków dowodowych i ustalaniu ich wartości. Komisja, choć nielegalna, na pewno będzie jeszcze wymyślać wiele niestworzonych historii, że wpadła na sensacyjny trop albo wydobyła z czeluści świadka, którego wyłącznie na potrzeby własnego spektaklu będzie nazywać „koronnym”, wszystkie te kroki niechybnie będą przybliżać ją do prawdy o cyrku, która sama tworzy niestety za pieniądze podatnika i kosztem bezpieczeństwa państwa.

  • Tajemnica prawnie niechroniona

    Tajemnica prawnie niechroniona

    Przesłuchanie pierwszego funkcjonariusza CBA przed Komisją Śledczą do spraw tzw. Pegasusa z pewnością było momentem przełomowym z wielu powodów, które w państwie szanującym służbę dla kraju nie powinny były się wydarzyć, ale skoro byliśmy ich świadkami, to oznacza, że została przekroczona kolejna granica, za którą już nietrudno sobie wyobrazić gorsze rzeczy, a to jest już solidna motywacja, żeby „Piórem i szponem” przynajmniej spróbować pokazać, że ludyczno-komisyjne spektakle zaczynają wymykać się spod kontroli rozumu i troski o bezpieczeństwo państwa. Tym bardziej, że sposób przesłuchiwania świadka, jaki został zaprezentowany 7 stycznia 2025 r. jest złowieszczym potwierdzeniem, że Wysoka Komisja zdaje się dla własnych celów robić użytek z przepisów odnoszących się do tajemnic prawnie chronionych i gwarancji procesowych, a powinna je po prostu stosować zgodnie z zamysłem prawodawcy. Co prawda stan przekonania członków Komisji, że mają rację niemalże we wszystkim, jest tak dojmujący, że trudno oczekiwać zmian w ich postępowaniu, ale choć jedna wzbudzona niniejszym artykułem rozsądna refleksja, nawet niewypowiedziana przez komisyjne gremium publicznie, jest warta niniejszego wysiłku.

    Należy go również podjąć, w celu wyjaśnienia kilku istotnych kwestii, ponieważ medialny spektakl z tzw. Pegasusem również degeneruje debatę publiczną i staje się realnym problemem dla bezpieczeństwa państwa, pomimo że wiedza na temat skuteczności działań obcego wywiadu powinna być już dobrze przyswojona po niedawnej sprawie Rubcowa oraz aferze z hiszpańskim Pegasusem. Biorąc pod uwagę, że aktywność obywatela w otwartej debacie jest cenna w demokratycznym państwie prawa, nie wolno również zapominać, że przynosi ona lepsze skutki dla ochrony jego praw i wolności, jeśli jest on rzetelnie informowany. Niestety może również stanowić słabe ogniwo systemu bezpieczeństwa, jeśli jego udział w debacie publicznej będzie instrumentalnie traktowany do walki politycznej, a tak się stało w przypadku tzw. Pegasusa, w którym minister, funkcjonariusz, urzędnik, kontroler, ekspert, celebryta i wiele innych osób zostało wmontowanych w machinę, która już nie potrafi się sama zatrzymać w obawie przed własną kompromitacją.

    Jednocześnie warto zapewnić, że artykuł nie jest instruktażem, w jaki sposób rozhermetyzowywać system bezpieczeństwa państwa, ponieważ i tak w obliczu faktów stałby się bezużyteczny. Poza tym praca w demolowaniu systemu wydaje się być wypadkową ambicji sprzężonej z szaleństwem zemsty i merytorycznego deficytu, który zaczyna przerysowywać własne możliwości, a w takiej konstelacji przewidzieć kolejny etap procesu demolowania, wcale nie jest łatwo. W zasadzie zaczęło się już dawno od hasła „zlikwidujemy CBA”, a obecnie zamysł ten jest intensyfikowany nie po to, by ziścić plan likwidacji, nawet jeśli ona nastąpi, o czym pisaliśmy w poprzednim artykule, ale żeby wyreżyserować dobry spektakl, w którym znajdzie się cała domniemana „grupa przestępcza”. Uniwersalna metoda: zaprezentować „wiedzę” z dokumentów, w tym niejawnych, serwowanych intencjonalnie; pokazać urzędników tłumaczących się ze swoich decyzji; radców kiedy trzeba skorych do nieomylnych opinii, że szklanka do połowy pełna, nie jest do połowy pustą; pokrzywdzonych zaświadczających z żarliwością, że podmiot osądzany to jakiś spirytus moves dramatu, który przeżywali bez uzasadnionej przyczyny; ekspertów, którzy być może w dobrej wierze będą dzielić się swoją wiedzą, odpowiednio później dopasowywaną do sentencji wyroku bez osądzenia; wreszcie zdeterminowanej komisji, która „nikczemników” będzie przesłuchiwać z taką determinacją, żeby likwidacja tego ohydnego podmiotu, w imieniu którego działali,  przyniosła ludzkości spokój.

    I proszę uwierzyć, że nie o tanią przesadę w powyższej wyliczance chodzi, a o pokazanie pewnego deficytu przewidywania, które owszem może umykać opinii publicznej, zwabionej zupełnie zrozumiałą chęcią dotarcia do prawdy, a przynajmniej do jakiegoś przekonania o stanie faktycznym, ale nie powinno umykać rządzącym, że tego typu działania to raj dla przestępcy i obcej agentury. Przecież z taką precyzją docierają do niej informacje o: konkretnych osobach, ich kwalifikacjach, relacjach, kompetencjach, procedurach, niezapisanych w dokumentach mechanizmach działania, lokalizacjach i regułach postępowania, charakterze i powodach konfliktów, profilach osobowych i o wielu innych kwestiach, o które obywatelowi nie przyszłoby do głowy zapytać, bo dotyczą spraw bezpieczeństwa w  najbardziej newralgicznym aspekcie czyli pracy operacyjno-rozpoznawczej, która z definicji stanowi tajemnicę prawnie chronioną ze względu na dobro Rzeczypospolitej[1]. A przecież zasada proporcjonalności, aby osiągnąć cel metodą adekwatną czyli taką, w której realizacja celu, nie pociąga za sobą nadmiernych kosztów, tylko te niezbędne, bo tylko one zasługują na miano koniecznych w demokratycznym państwie prawa, zakładamy, że powinna być rządzącym znana, podobnie jak zarządzanie ryzykiem, w którym istotne jest obniżanie poziomu podatności, bo to one wykorzystywane są do czynów przestępczych. Czy tak trudno przewidzieć, że obca agentura kieruje się rozsądkiem i nie będzie rozpracowywać tego, co państwo polskie serwuje jej na talerzu pod hasłem „rozliczymy służbę, która według nas zakupiła cyberbroń wymierzoną w każdego obywatela”. Tej przewidywalności brakuje również Wysokiej Komisji, która z zapałem każdą wątpliwość próbuje zakwalifikować jako ciężkie przestępstwo, a obowiązujący stan prawny, korzystający z zasady domniemania konstytucyjności arbitralnie uznaje za wadliwy tylko po to, żeby móc spiąć w całość szaleńczą wizję o tzw. Pegasusie, przed którym chce obronić obywateli, na czele których, tak się składa, stoi zawsze ta sama grupa osób, których nazwisk Państwu oszczędzimy. I dla precyzji przekazu, nikt nie odbiera im prawa do dochodzenia swoich racji na drodze cywilnej czy karnej, ale stosowanie metod odwetu na każdym, na którego padnie cień podejrzenia, że oddychał w jednym pomieszczeniu z politycznym oponentem obecnie rządzących, nie można przemilczać.

    Niniejszy artykuł nie jest również sensacyjnym ujawnieniem informacji klasyfikowanych na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych, na co mógłby dla niewprawnego oka sugerować jego tytuł. Został wprowadzony dla oznaczenia nowej rzeczywistości, w której to, co z przepisów prawa należy do materii chronionej np. Rzeczpospolita Polska jako dobro wspólne wszystkich obywateli, bezpieczeństwo państwa, interes ochrony informacji niejawnych, powoli jest jej pozbawiane. Nawet Wysoka Komisja niejednokrotnie z przekonaniem powtarzała, iż tyle informacji niejawnych przedostało się do opinii publicznej, że w zasadzie wszyscy już prawie wszystko wiedzą, więc nie ma co przesadzać z jej reglamentacją. Dobitnie zostało to wyrażone podczas posiedzenia z udziałem Pana Piotra Pogonowskiego, a w trakcie przesłuchania funkcjonariusza CBA nabrało dodatkowo karykaturalnego charakteru, kiedy funkcjonariusz zeznający i wspierający go pełnomocnik – zdaniem Komisji – nie musieli przejmować się przepisami szczególnie w tych momentach, w których miałyby one stanowić podstawę uchylania pytań z zakresu pracy operacyjno-rozpoznawczej podczas jawnego przesłuchania. Wysoka Komisja nawet pouczała: „ (…), Proszę Pana Pełnomocnika, żeby nie zwracał mi uwagi pod kątem mojego pełnienia służby. Tak mam doświadczenie w przesłuchiwaniu, ale Pan jako Pełnomocnik powinien doskonale sobie zdawać sprawę z tego, że jeśli jest informacja niejawna powszechnie znana, i ma charakter powszechnie dyskutowanej, to traci swoją tajemnicę (…)”. Z konstatacją, że traci ona swoją tajemnicę można byłoby się z Wysoką Komisją zgodzić, ale tajemnicy tej chyba sama informacja nie porzuca, żeby wyzwolić się z niejawności? W powyższym stwierdzeniu dość trafnie, choć w pewien niezamierzony sposób zawarto mechanizm rozhermetyzowywania systemu bezpieczeństwa informacji niejawnych, który w tym przypadku nie bazuje na klasycznym ujawnieniu informacji w związku z nieuprawnionym dostępem, w którym istnieje możliwość precyzyjnej identyfikacji, że doszło do tego jednokrotnego ujawnienia, kto się go dopuścił, a także oszacowania szkody, będącej jego skutkiem –  choć i takie ujawnienia mogą mieć miejsce, ale nie jest to celem niniejszego artykułu, aby kwestię tę rozpatrywać wyłącznie na podstawie wiedzy czerpanej z komisyjnego źródła poznania. To jest mechanizm żerujący na opisanym wyżej spektaklu, w którym pokusa „upubliczniania” całego strumienia szczątkowych informacji pozornie „dywersyfikujących” zagadnienie klasyfikowane na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych, pomaga zacierać granicę pomiędzy tym, co bez wątpienia zawsze pozostawało jawne, a tym, co sklasyfikowane do właściwej klauzuli tajności, ale zaczyna tracić atrybuty tajemnicy w sposób wymuszony, czyli w sposób nienaturalny, niezwiązany z ustaniem przesłanek ochrony warunkujących utrzymywanie klauzul tajności[2]. Aż do momentu, w którym bez żadnych oporów całe niezliczone audytorium usłyszy z ust Komisji, że system i tak jest wyłączony czyli krótko mówiąc, nie działa (sic!). Tę ostatnią kwestię pozostawimy bez komentarza, mając nadzieję, że refleksja wygenerowana samodzielnie, co to oznacza dla bezpieczeństwa obywateli, będzie cenniejsza niż narzucona komentarzem.

    Pośrednim dowodem na istnienie tego mechanizmu było właśnie przesłuchanie funkcjonariusza CBA, który nie zadowolił Komisji, ponieważ uchylał się od odpowiedzi mimo ukrytego wizerunku, co wyraźnie drażniło Wysoką Komisję. Zapewne nikt z jej członków nie wziął pod uwagę, że postawa funkcjonariusza, jak również towarzyszącego mu pełnomocnika świadczyła o tym, że dla nich tajemnica ma dużo szerszy zakres i co więcej faktycznie stanowi o prymacie informacji niejawnych, ustanowionym zgodnie z klauzulą limitacyjną, która po spełnieniu określonych warunków daje podstawę do ograniczenia prawa i wolności obywatela w szczególnych sytuacjach dla dobra Rzeczpospolitej Polskiej czyli wspólnoty obywateli[3]. A czego przejawem na gruncie praktyki służb nie jest inwigilacja, jak to próbuje się opinii publicznej nachalnie wtłaczać[4], tylko kontrola operacyjna realizowana zgodnie z zasadą subsydiarności, a także związane z nią gwarancje ustanowione dla realizowania właściwej ochrony państwa i obywateli, przestrzegane przez funkcjonariuszy, o czym przekonała się również Wysoka Komisja, niezadowolona z odpowiedzi funkcjonariusza respektującego przepisy. Po pierwsze, że organ jest ustawowo zobligowany do ochrony środków, metod i form pracy[5], w szczególności informacji, o których mowa, w art. 28 ust. Ustawy o CBA, tj. informacji objętych zakazem udostępniania, jeżeli zostały uzyskane w wyniku prowadzonych przez CBA albo inne organy, służby lub instytucje państwowe czynności operacyjno-rozpoznawczych; o szczegółowych formach i zasadach przeprowadzania czynności operacyjno-rozpoznawczych oraz o stosowanych w związku z ich prowadzeniem środkach i metodach; a także o osobie udzielającej pomocy CBA. Po drugie, funkcjonariusze oprócz wiedzy, posiadają wrażliwość, że ujawnienie, szczególnie skutkujące dekonspiracją[6], może nastąpić z błahego powodu i wywołać skutki dla innych osób, które realizują czynności w różnych sprawach operacyjno-rozpoznawczych, czego członkowie Komisji raczej nie zakładają, twierdząc, że problem kończy się wraz z ujawnieniem informacji niejawnej, bezrefleksyjnie odrzucając konieczność mitygowania ryzyka wystąpienia kolejnych niepożądanych jego skutków. Można więc stwierdzić, że to, co było zupełnie właściwym zachowaniem funkcjonariusza i jego pełnomocnika, stało się dla Komisji ich zbędną asekuracją.

    Szczególnie oburzał fakt, że funkcjonariusz podczas przesłuchania nie mógł wypowiadać się zgodnie ze swoją wiedzą i pamięcią oraz w zakresie udzielonego przez Szefa CBA zezwolenia, a w zamian dostawał gburowate docinki w stylu: „Pana zeznania potwierdzają słuszność decyzji o likwidacji CBA”. Nieukontentowana odpowiedziami Komisja przyznała sobie prawo do straszenia świadka, obrażania i przystępowała do nagonek, wywierając presję. Nie rozróżniając sytuacji, w której pytania jawne wymagają niejawnej odpowiedzi, której ze względu na przepisy funkcjonariusz nie mógł udzielić na posiedzeniu jawnym albo w ogóle, ponieważ objęta była zakazem. Pomijamy, że po prawie rocznym funkcjonowaniu tej Komisji jednego funkcjonariusz mógł być pewien, że będzie odpowiadał pod presją reżyserowanego spektaklu, a jego zeznania mają być wisienką na torcie i uwiarygadniać wszystkie wypowiadane wcześniej brednie, które z całkiem pokaźnym zestawem faktów z obszaru chronionego, tworzą niebezpieczny mechanizm zacierania się granic między tym, co Komisja uznaje za jawne, a tym, co w rzeczywistości nim jest lub staje się w związku z nieuprawnionym ujawnianiem informacji oznaczonych klauzulą tajności. A zauważyć należy, że historia tzw. Pegasusa przynajmniej w wersji komisyjnej trwa już kilka lat.

    Dla przypomnienia od stycznia 2022 r. umiejętnie sterowano opinią publiczną podczas obrad Komisji Nadzwyczajnej ds. wyjaśnienia przypadków nielegalnej inwigilacji, ich wpływu na proces wyborczy w Rzeczypospolitej Polskiej oraz reformy służb specjalnych, której nazwa już sugerowała istnienie dogmatu „o nielegalności działań” CBA. Zresztą Komisja Senacka powołana uchwałą Senatu nie miała uprawnień do zajmowania się tak newralgiczną materią, ale nie było to dla niej przeszkodą, żeby stworzyć raport, w którym rzekomo „ujawniono” i opisano przypadki nielegalnej inwigilacji oraz naruszeń prawa podczas stosowania przez służby specjalne kontroli operacyjnej, mając pełną świadomość, że dokonano tego bez dokumentów pochodzących z CBA lub innych służb, ekspertyz i nie mogąc przesłuchiwać w tym zakresie odpowiednich świadków. Zainteresowano natomiast tematem ekspertów, profesorów, posłużono się kontrolą NIK, która zgodnie z właściwością po wycieku pewnej „faktury” przeprowadziła kontrolę w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zainicjowano Komisję PEGA, która wezwała do złożenia wyjaśnień przedstawiciela NSO. Zaczęto budować narrację medialną wokół relacji ludzi stanowiących stałą i namaszczoną przez środowisko grupę pokrzywdzonych, opinii prawnych o zasięgu międzynarodowym oraz ekspertyz, m.in. przeprowadzonych wyłącznie przez Citizen Lab, które stwierdzało, że na kilku telefonach według ich przyjętej metodyki sprawdzeń doszło do jakichś ingerencji, które ówcześnie nie mogły posiadać waloru dowodowego, ale według Komisji były ponad wszelką wątpliwość autorstwa CBA, a więc jak najbardziej nielegalne. Składano zgodnie z prawem zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, a także wyjaśniano w postępowaniach prowadzonych przez Rzeczników Finansów Publicznych, czy doszło do złamania dyscypliny.

    Tak kontynuowana medialna batalia rozrastała się do niebotycznych rozmiarów, żeby już po wyborach w ramach obecnej Komisji wystrzelić nowym insynuacjami budowanymi na kanwie urobku Komisji Senackiej. Od początku było wyraźnie widać, że jej powołanie nie miało absolutnie żadnych poważnych celów, z wyjątkiem przeprowadzenia procesu pokazowego, niestety kolejnego dla podtrzymania linii ataku, który został nakreślony w programie koalicji rządzącej. A wziąwszy pod uwagę, że niezweryfikowany materiał po pracach Komisji Senackiej stanowił jej bazę, zaczęto wedle założeń starego scenariusza i oczywiście nie bacząc na koszty dotyczące realnych zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa, kontynuować ze zdwojoną siłą wykazywanie, że w kwestii cyberbroni wszystko się potwierdza, bo Komisja ma lub będzie miała lada moment dowody na to, że ma rację. Co istotne, był też moment pewnego zawahania, ponieważ minister Bodnar podzielił się uwagą, że „paradoksalnie służby dbały o biurokrację”, która nie pasowała do mitu o totalnej inwigilacji.  Należy również dodać, że równolegle do spektaklu prowadzonego przez Komisję rozpoczęły się czynności specjalnego zespołu prokuratorów kierujących śledztwem w sprawie tzw. Pegasusa, które objęte są całkowitą ochroną. I można się zastanawiać, czy tak prowadzona medialnie Komisja nie działa na szkodę toczącego się postępowania w prokuraturze? A nawet wypadałoby zakładać, że jest to bardzo prawdopodobne nie tylko we wskazanym przypadku, ale i w innych postępowaniach, które prowadzone są na podstawie dowodów pozyskanych z kontroli operacyjnej wobec osób, których statusu nie można w tej chwili przesądzać, a w śledztwie dotyczącym tzw. Pegasusa już uczyniono z nich świadków w domyśle pokrzywdzonych.

    Zresztą niejasności w tej kwestii jest więcej, ponieważ stworzono listę 578 osób, która ilościowo nie spełniała oczekiwań hasła o masowej inwigilacji, więc zaczęto bardzo wyraźnie akcentować, że dopiero zlecona ekspertyza wykaże, jak było faktycznie, chociaż i tu zupełnie niedawno poinformowano opinię publiczną, że ekspertyza może trwać aż do 2030 r., co zadziwiło nawet tych, którym nigdy nie przemknęło przez myśl, że cała afera może być politycznie skrojoną ofensywą, w której wypuszcza się salwy armatnie, żeby dobrze zagłuszały brak dowodów. Pozostaje jeszcze kwestia samej dyskusji o możliwości powiadamiania osób o tym, że podlegały kontroli operacyjnej, która ze względu na powagę organów władzy znamionuje co najmniej dezynwolturę w stosunku do tajemnicy prawnie chronionej ze względu na dobro Rzeczypospolitej. Jeśli jednak nie była to czcza pogłoska i ktoś nieuprawniony dowiedział się pozaprocesowo, że był objęty kontrolą, to również przestępstwo przeciwko informacjom niejawnym, ponieważ tego typu udostępnienie musi mieć podstawę legalną rangi ustawowej, która w polskim porządku prawnym nie istnieje[7], zresztą potwierdzają to nawet wnioski z Raportu Komisji Senackiej. Jak te zapowiedzi ostatecznie zostały wdrożone trudno jednoznacznie stwierdzić przy wielu sprzecznych doniesieniach, niemniej wytypowano 31 osób, które jako osobowe źródła dowodowe zapewne są przesłuchiwane w prokuraturze. Sama lista 578 nazwisk pozostaje wyjątkowym „zjawiskiem” w przestrzeni publicznej, na które warto zwrócić uwagę we wskazanym powyżej kontekście.

    Jedno rzuca się w oczy od początku zamysłu afery z tzw. Pegasusem, że Komisja ma utrzymywać stan zagrożenia cyberbronią z takim nasileniem, aby przygodnych ekspertów nieświadomych konsekwencji było wielu, ponieważ będą uwiarygadniać cały medialny proces, bez względu na prowadzone śledztwo i wymowę faktów odartych z narzucanej oceny. Wszystko w imię obrony obywatela, odciągając go od kwestii rozhermetyzowywania systemu bezpieczeństwa, czyniąc ze spektaklu łowisko, wyposażające przestępczość zorganizowaną i obcą agenturę w konkretne informacje. Środowiska przestępcze, ze wskazaniem na wyrafinowane indywidualne przypadki uwłaczające godności sprawowanych urzędów, są zniecierpliwione, kiedy mitycznie kreowany system okaże się nielegalny. Wtedy bowiem niektórzy adwokaci będą mogli ruszyć z wnioskami uzasadniającymi, że zebrany z kontroli operacyjnej środek dowodowy nie posiada wartości dowodowej, ponieważ jego pozyskanie wiążę się z przestępstwem nielegalnego nabycia systemu. I tak ruszy kolejna lawina bezkarności, którą w imię „sprawiedliwości” zafunduje się społeczeństwu. Szczególnie dla ludzi służb, zaangażowanych przez lata w ochronę i obronę bezpieczeństwa państwa, w każdym obszarze jego funkcjonowania, będzie to gorzka lekcja życia, że uczciwą służbę dla kraju można lekką ręką zniszczyć w imię doraźnych interesów. W tym celu wypuszcza się tezy „o wyłudzaniu zgód” na kontrolę operacyjną u sędziów, pomijając, że to ich w ostatecznym rozrachunku ośmiesza, w końcu jest to zgoda, dzięki której obywatel dostaje gwarancje, że jego niewiedza o tym, że jest objęty kontrolą, została potraktowana w demokratycznym państwie prawa poważnie, skoro pochyla się nad nią niezawiły sędzia. Ale w tej kwestii większość sędziów milczy, jakby nie dotykał ich problem dobrego imienia, a niektórzy nawet ochoczo podpisują się pod tymi insynuacjami.

    Metoda na przekrzykiwanie rozsądku daje konkretne żniwo w postaci projektowanych rozwiązań ustawodawczych, które będą kolejnym krokiem niszczącym polskie służby – i nie tylko dotyczy to likwidacji CBA, ale temu zagadnieniu poświęcimy kolejne artykuły. Trudno wyeksponować wszystkie metody, podbudowujące negatywne emocje w społeczeństwie, ale kilka chociaż warto przytoczyć, ponieważ mogą być wyjaśnione w trybie jawnym. Przede wszystkim długo Komisja utrzymywała przeświadczenie, że system przeznaczony do kontroli operacyjnej urządzeń końcowych przetwarza informacje niejawne, mając na uwadze, że tylko takie systemy podlegają obowiązkowi akredytacji przez ABW lub SKW, co dawało Komisji podstawy do oskarżeń, że nie było przeprowadzonej akredytacji, więc doszło do naruszenia przepisów. Tymczasem co do zasady systemy takie korzystają z wyłączeń z obowiązku akredytacji, na podstawie art. 51 ust. 1 uoin[8]. I nie jest to praktyka, którą wymyśliło CBA, ale przepis ustawy obowiązujący od początku jej funkcjonowania, czyli od 1 stycznia 2011 r., który nigdy wcześniej nie był kontrowersyjny dla żadnej ze służb. Wydaje się, że Komisja stara się unikać rudymentarnych stwierdzeń wprost wynikających z przepisów ustawy, czyli źródeł prawa powszechnie obowiązującego, za to prowadzi sensacyjne dochodzenia ad absurdum. I tak, ustawa bowiem jasno określa, że wyłączone są z akredytacji systemy, które służą do pozyskania i utrwalenia informacji, co do zasady jawnych, a ochronie podlega sposób ich pozyskania i to on spełnia kryteria informacji niejawnej. I dalej, logiczną konsekwencją wydzielenia systemów, które nie podlegają akredytacji, jest konieczność przeniesienia pozyskanych przez nie informacji – chronionych ze względu na operacyjny charakter pozysku, do środowiska akredytowanego, w której ustanowiona tajemnica w zakresie czynności operacyjno-rozpoznawczych otrzymuje należną jej ochronę, wyznaczoną na podstawie kryteriów wskazanych w art. 5 uoin. Należy również dodać, że każdy podmiot uprawniony do prowadzenia czynności operacyjno-rozpoznawczych jest zobligowany przepisami ustaw kompetencyjnych do ochrony swoich czynności operacyjno-rozpoznawczych, a więc środków, metod i form pracy operacyjnej, funkcjonariuszy pod przykryciem i osób udzielających pomocy, a wiec musi również posiadać infrastrukturę i wykwalifikowaną kadrę, która nie tylko na początku przeprowadza testy bezpieczeństwa nabywając jakiś system, ale w ramach zarządzania ryzykiem musi monitorować go permanentnie, bo inaczej narazi na szkodę interes prowadzonych czynności, do których ustawowo została zobowiązana. Tak więc ochrona takich systemów jest priorytetem, jest tylko inaczej ukształtowana, czemu Wysoka Komisja zdaje się zaprzeczać. Oczywiście służby podejmują współpracę, w celach przeprowadzania testów, ale w sytuacji, w której system jest wyłączony z obowiązku akredytacji odbywa się to na zasadach partnerskiej pomocy na podstawie porozumień. Natomiast przeprowadzanie czynności w ramach procedury akredytacyjnej byłoby w tych przypadkach przekroczeniem uprawnień, ponieważ ustawa wyraźnie wskazuje coś przeciwnego. Takie działania więc, należałoby interpretować jako nieuprawnione rozszerzenie kompetencji ABW i SKW zaprzeczające istocie wyłączenia, które na gruncie prawa korzysta z domniemania konstytucyjności. Przy czym również nikt nie protestuje, na jakiej wszakże podstawie prawnej miałoby się opierać przeprowadzenie akredytacji systemów, które funkcjonują tylko w celach pozyskania i utrwalenia dowodu. Należy również podkreślić, że ochrona takiego systemu to absolutny know-how każdej służby, która musi skutecznie czyli głęboko zakonspirować swoje działania, a nie wystawiać je na podwyższone ryzyko dekonspiracji w procedurze akredytacyjnej. I to nie jest kwestia braku zaufania do służb akredytujących systemy, ale zarządzania ryzykiem, w tym przypadku minimalizowaniem podatności.

    Kolejna sensacja, opiera się na poprawce do art. 51 ust. 1 uoin, wniesionej w 2022 roku, którą Komisja nazywa kluczową i chce z tego najwyraźniej wywieść jakiś poważny czyn przestępczy, nie biorąc pod uwagę, że nowelizacja przepisu wynika najczęściej z konieczności naprawy wady w jego stosowaniu, ponieważ w pierwszej redakcji nie uwzględniał czegoś, co powinien był wziąć pod uwagę ze względu na stan rzeczywisty. Trudno węszyć w tej poprawce jakąś sensację, bo jej treść nie zmienia komponentów systemu, to znaczy nie wskazuje, że coś systemem było przed poprawką, a po poprawce nim nie jest. To oznacza, że redakcja nie zmienia stanu pierwotnego tylko opisuje go precyzyjniej, poprzez dookreślenie jakiejś cechy, którą w pierwotnej redakcji trzeba było wywodzić ze stanu faktycznego, czyli umożliwia ona właściwe jego zastosowanie do przypadku, którym się zajmuje. Można to również ująć tak, że pierwotna redakcja przepisu nie brała pod uwagę złożoności zagadnienia, m.in. aspektu, że pozyskanie i utrwalenie informacji w sposób niejawny zawsze będzie odbywać się w dwóch środowiskach, poza strefą (np. łańcuchy anonimizujące) i w strefie, w której ostatecznie musi nastąpić końcowe przeniesienie utrwalonej informacji do środowiska akredytowanego. I tak też należy czytać poprawkę z 2022 r. bez sensacyjnego zacietrzewienia, które stało się udziałem Komisji, pomijającej w swoich rozważaniach wydawałoby się dość oczywistą chęć  doprecyzowania omawianego zagadnienia.

    I na koniec należałoby zadać pytanie, czy ta rozkręcona machina jest w stanie się zatrzymać, zważywszy, że skutki polityki odwetu pochłonęły już zdrowy rozsądek do stopnia, w którym każe się obywatelom stawać przed Komisją Śledczą w sytuacji, w której Trybunał Konstytucyjny wyrokiem U 4/24 z dnia 10 września 2024 r.[9], wskazał, że jest ona niekonstytucyjna i użył przy tym argumentacji, która wydawałoby się, że najbardziej powinna przemówić do sędziów szanujących swoją niezawisłość. Wskazał bowiem, że Komisja nie może oceniać rozstrzygnięć w przedmiocie wydania zgody na zastosowanie kontroli operacyjnej, ponieważ do takiej oceny nie jest uprawniona. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego dobitnie wskazuje, że działalność Komisji zaprzecza zasadzie sędziowskiej niezawisłości, ale to najwyraźniej sędziom orzekającym kary porządkowe dla świadków nie przeszkadza (sic!). Podobnie z wielką elastycznością podchodzi się do uprawnień Komisji, która nie ma podstawy legalnej uzasadniającej jej dostęp do informacji niejawnych, nad którymi rozciąga się zakaz udostępniania z art. 28 ust. 2 ustawy o CBA[10]. Może mieć ona dostęp do informacji niejawnych tylko w zakresie odnoszącym się do art. 28 ust. 1 ustawy o CBA, a więc bez informacji dotyczących pracy operacyjno-rozpoznawczej. Informacje te są zarezerwowane dla prokuratora i sądu, o ile spełnione zostaną łącznie wszystkie warunki określone ustawowo[11]. I jeżeli ktoś myśli, że Komisja ex definitione nie spełnia tych warunków, będąc tylko organem kontrolnym prowadzącym śledztwo sejmowe w granicach podmiotowych i przedmiotowych funkcji kontrolnej Sejmu, to się bezsprzecznie myli, ponieważ Wysoka Komisja posiada dostęp właśnie do tych informacji, które objęte są zakazem. A to z kolei prowadzi do wniosku, że jednak ktoś uznał, że Komisja jest prokuratorem i sędzią.[12] Niestety trudno w dzisiejszych czasach dotrzymać kroku nowej „praworządności”, której wyrazem może być paremia, że „wszystko co my uznamy za dozwolone, nie może być ograniczane”[13].

    Uwzględniając powyższe okoliczności, szczególnie istotne jest wystąpienie świadka, który ma odpowiadać z zakresu tajemnicy prawnie chronionej z myślą, że kiedyś może odpowiadać za przestępstwo przeciwko informacjom niejawnym, ponieważ składając zeznania przed obliczem Komisji działał na szkodę interesu Rzeczypospolitej Polskiej (art. 5 uoin). Oznacza to, że obecnie świadek zeznaje z ciążącą mu świadomością, że jest zakładnikiem sporu, w który został wtłoczony w imię racji przewyższającej moc wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Dziwna jest również skala jednomyślności po stronie ekspertów, którzy świadczą pomoc prawną Wysokiej Komisji i nie zwrócili uwagi na tak istotne kwestie dotyczące bezpieczeństwa.  A przecież dostęp do informacji niejawnych muszą posiadać osoby, które nie tylko nabyły uprawnienia do dostępu do informacji niejawnych[14], ale również spełniły warunki konieczne przy każdej konkretyzacji dostępu tj. zasady need to know, wskazującej, że „Informacje niejawne mogą być udostępnione wyłącznie osobie dającej rękojmię zachowania tajemnicy i tylko w zakresie niezbędnym do wykonywania przez nią pracy lub pełnienia służby na zajmowanym stanowisku albo wykonywania czynności zleconych[15]”. Zasada ta wyraźnie wskazuje, że przy zezwoleniu na udzielenie informacji niejawnych nie można pozwolić sobie na nadmiarowość udostępnianego zakresu, bo to nie tylko „marnotrawstwo” cennych aktywów informacyjnych należących do państwa polskiego, ale główny czynnik podwyższający podatność inaczej słabość systemu bezpieczeństwa, z której skwapliwie korzystają zawsze ci, którym zależy, aby odporność państwa na zagrożenia była bardzo niska. Oni wiedzą najlepiej, że urzeczywistnienie się szkody dla interesu Rzeczpospolitej Polskiej nie da się zrekompensować post factum w sposób zadawalający, najczęściej usuwa się jej skutki, tłumacząc przy dziś obowiązujących standardach rządzących, że nic się nie stało, panujemy nad sytuacją i monitorujemy incydent. Widać wyraźnie, że sprawa tzw. Pegasusa to egzemplifikacja zarządzania państwem bez troski o realne bezpieczeństwo obywateli wciągniętych w spektakl z wiarą, że dzieje się on dla ich dobra, choć z perspektywy kilku lat wielu z nich zaczęło dostrzegać, że to droga donikąd,  kosztowny sposób na utrzymanie władzy poprzez zarządzanie opinią publiczną, którą raz należy przestraszyć cyberbronią, a czasem uspokoić, że nic się nie stało, bo orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego nie ma znaczenia. Niestety cały ten spektakl ma znaczenie, stąd głos Orlej Roty przestrzegający, że tytułowa tajemnica prawnie niechroniona, to niebezpieczny wytwór nowych czasów, w których w „majestacie prawa”, tak jak rządzący je rozumieją, dla celów politycznych niszczy się fundamenty bezpieczeństwa państwa w czasach, które trudno nazwać spokojnymi. W czasach,  w których zaufanie obywatela do instytucji państwowych powinno być niezachwiane, bo na nie  ofiarnie pracują funkcjonariusze i żołnierze w codziennej służbie dla kraju, mając niestety coraz częściej  świadomość, że tam, gdzie wdziera się polityka, nie ma rzetelnej oceny ich działań.


  • Deformacja walki z korupcją fundowana Polakom

    Deformacja walki z korupcją fundowana Polakom

    Reagując na ostatnie doniesienia o kolejnych etapach prac nad projektem ustawy o likwidacji Centralnego Biura Antykorupcyjnego, trudno uciec od refleksji, że niezgoda na funkcjonowanie wyspecjalizowanej służby w zakresie walki z szeroko pojętymi zjawiskami korupcyjnymi i skoncentrowanej na ochronie ekonomicznego bezpieczeństwa państwa, jest konsekwentnie promowana wyłącznie w imię politycznego odwetu, a nie w trosce o dobro państwa, co postaramy się rozszyfrować, pokazując grę „sprawą CBA”, stanowiącą wedle umowy koalicyjnej priorytet działań obecnego Rządu. Niestety głos medialny rządzących niesie się echem dobitniej niż ciężka praca w służbie dla społeczeństwa, którą funkcjonariusze i pracownicy CBA prowadzą od 2006 r., zdobywając szacunek współpracujących z nimi prokuratorów, partnerskich służb w Polsce i za granicą oraz przedstawicieli międzynarodowych instytucji zajmujących się zwalczaniem zjawisk godzących w przejrzystość życia publicznego. A nade wszystko ciesząc się z szacunku okazywanego przez obywateli przekonanych, że przez 18 lat funkcjonowania CBA zmieniła się mentalność społeczeństwa nietolerującego zjawisk korupcyjnych, ponieważ są zagrożeniem nie tylko dla finansów publicznych i gospodarki, ale również godzą w podstawy demokracji.

    W ciągu 35 lat po odzyskaniu niepodległości nie było grupy zawodowej, która doświadczałaby tak konsekwentnego niszczenia jej dorobku i kwestionowania sukcesów. Nawet w uzasadnieniu do ogłaszanego obecnie projektu ustawy nie przedstawiono żadnych merytorycznych argumentów, wpisano wyłącznie medialne zarzuty, którymi żonglowano przez kilka lat w przestrzeni publicznej. Głównym dowodem na zasadność stawianych zarzutów uczyniono wskaźnik poczucia bezpieczeństwa w społeczeństwie, tj. wskaźnik indeksu percepcji korupcji, którego obniżenie było powodem spadku miejsca Polski w rankingu państw skutecznie walczących z korupcją. Przy czym nie wzięto w nim pod uwagę bardziej złożonych uwarunkowań, szczególnie nierzetelnych kampanii medialnych wpisujących się w reguły walki politycznej, podczas której sterowano poczuciem zagrożeń korupcyjnych, z którymi rzekomo miało sobie nie radzić upolitycznione CBA. Zastosowano typowy mechanizm oparty na kolportowaniu zafałszowanej narracji, która w konkretnych środowiskach opiniotwórczych i decyzyjnych politycznie niezainteresowanych rzetelną weryfikacją, dała oczekiwane pozory wiarygodności, uruchamiając na niespotykaną skalę proces zohydzania formacji na wielu frontach, o czym będzie jeszcze mowa. W takiej oto atmosferze, wykreowanej na potrzeby spektaklu mającego kamuflować działania odwetowe, uczyniono wskazany wyżej indeks percepcji, instrumentem do uzyskania szerszej aprobaty społecznej dla działań Rządu. W okolicznościach, w których wyłącznie medialnie przesądzono o nielegalnym charakterze działań CBA, naruszając podstawowe normy rzetelnej komunikacji, która dawałaby obywatelowi szanse na zobiektywizowanie oceny działania służb w obliczu faktów, a nie ich tendencyjnej interpretacji.

    Mając na uwadze, że żadna służba czy instytucja działająca w sposób efektywny nie jest wolna od błędów, aż trudno nie dostrzegać, że w Polsce tylko CBA zostało wpisane na stałe w moduł konfrontowania się środowisk politycznych walczących o władzę lub próbujących ją utrzymać, stosując wszystkie możliwe, łącznie z niegodziwymi, techniki medialnego procesu, które dla jednych powierzchownie, dla innych brutalnie, mają odcisnąć piętno na ludziach z CBA lub kojarzonych z CBA, bez względu na rzeczywistą wymowę faktów, których wartość można oszacować wyłącznie w sprawiedliwym procesie, prowadzonym sine ira et studio.  Ale nie o fakty tu chodzi, tylko o partykularny interes konkretnej osoby, partii czy środowiska, które uważa, że posiada licencje na działania, które ponad wszelką wątpliwość mają wykazać rację subiektywną, opartą na przekonaniu o nieskazitelności własnej lub środowiska, które broni się, rozpoczynając od medialnego ataku na służbę, nie zważając na koszty związane z bezpieczeństwem państwa wpisanym w ponadpartyjną rację stanu. Działając również niszcząco na kształtowanie rzetelnej przestrzeni komunikacyjnej, sprowadzając opinię publiczną do poziomu pudła rezonansowego będącego częścią politycznie skrojonego anturażu. Podobnie dzieje się z wciągniętymi do dyskusji osobami, posiadającymi środowiskowy autorytet, które popierając niedorzeczne tezy o przestępczej działalności CBA w związku z nabyciem konkretnego systemu techniki operacyjnej, prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy z instrumentalnego charakteru tego spektaklu, w którym nie posiadają eksperckiej autonomii tylko rolę do odegrania i w tym jednym aspekcie nie różnią się od funkcjonariuszy CBA. Bezsprzecznie należy podkreślić, że opinia publiczna ma ważny udział w ocenie funkcjonowania CBA, gdyż jest głosem społeczeństwa, któremu CBA służy, ale nie powinna być kształtowana w warunkach suflowania narracji i wywierania presji przez rządzących i środowiska wspomagające wyżej wskazany proceder, bezrefleksyjnie i co gorsza bezkarnie.

    Trzeba jednak przyznać, że w spektaklu „zlikwidujemy CBA” wzniesiono się na wyżyny hipokryzji, tworząc od kilku lat gęstą sieć spekulacji i sofistycznych interpretacji w sprawie tzw. systemu Pegasus, szczególnie wykorzystując aktywność grupy Citizen Lab, dostarczającej pożywki o mitycznej, masowej inwigilacji cyberbronią, do której również przystąpiły osoby posiadające wątpliwości natury merytorycznej, ale niemające wiedzy na temat stanu faktycznego, kluczowego dla zasadności wniosków o nielegalności działań służby. Efekt medialny utrzymywany dzięki komisji senackiej, komisji europejskiej tzw. PEGA, kampanii medialnych z wykorzystaniem głosów eksperckich, kontroli NIK, artykułów a przede wszystkim doniesień osób, które od Citizen Lab otrzymały informacje świadczące o jakiejś zewnętrznej ingerencji odnotowanej w telefonie, posłużył do podtrzymywania przeświadczenia obywateli o wysokim poziomie zagrożeń. Oczywiście odbywało się to ze szkodą dla wizerunku służby, która poza oficjalnymi i zdawkowymi zapewnieniami nie mogła przeciwstawiać się tak nierzetelnie sformatowanemu przekazowi, mając na względzie jej odpowiedzialność za bezpieczeństwo ustawowych zadań, realizowanych w trybie bezwzględnej ochrony osób, udzielających pomocy, funkcjonariuszy operacyjnych, metod i form pracy operacyjnej. Trudno również nie odczuwać zawodu, że sformatowany tendencyjnie przekaz w trybach sejmową komisji śledczej nadal służy do pozbawiania wizerunku CBA, ale dla funkcjonariuszy zapewne różnych formacji, rozumiejących służbę dla dobra kraju, bardziej istotne jest konsekwentne rozhermetyzowywanie systemu bezpieczeństwa państwa przez działalność owej komisji, która ignorując porządek prawny, w celu zweryfikowania jego prawidłowości (sic!), w zasadzie orzeka o winie od momentu powołania, wyodrębniając składy domniemanych grup przestępczych, licząc na złowienie w sieć niemalże całego społeczeństwa, które ma się bać „cybernetycznej broni” rzekomo wymierzonej w każdego obywatela. To nic innego jak argument demagogiczny, pozbawiony szacunku dla rozsądku, faktów i prawa, które wyznaczało granice legalnego działania CBA. I wiedzą to przede wszystkim ci, którzy oskarżają CBA, ponieważ posiadają dokumenty, potwierdzające, cytując Ministra Sprawiedliwości, że „służba paradoksalnie dbała o dokumentowanie swoich działań”. Mimo tego tworzone są kłamstwa, a występujące wątpliwości lub uchybienia klasyfikowane są jako ciężkie naruszenia przepisów prawa po to, żeby osiągnąć swój partykularny cel.

    W uproszczonych sformułowaniach jednoznacznie negatywnych dyskredytuje się ustawowe uprawnienia nie tylko CBA, dewaluując przed opinią publiczną rozumienie i wartość kontroli operacyjnej, służącej pozyskiwaniu dowodów przestępstw. Służą temu przekazy medialne ignorujące jej istotę, nie wskazuje się bowiem, że polega ona na weryfikowaniu zgodnie z zasadą subsydiarności istotnych przesłanek, których ostatecznej wartości dowodowej nie można wycenić przed jej włączeniem, ponieważ nie byłaby wtedy zasadną, może więc być w konsekwencji niewynikową, co absolutnie nie oznacza, że nieuzasadnioną, w sytuacji spełnienia wszystkich przewidzianych prawem warunków, w tym koronnego tj. zgody sądu. Tymczasem opinia publiczna karmiona jest kategorycznymi stwierdzeniami o „wyłudzeniu kontroli” przez CBA, żeby nadać jej charakter przestępczy, czyli wprost przeciwny do zamysłu ustawodawcy, uznającego tę metodę za konieczną w demokratycznym państwie prawa, ponieważ bez niej ochrona obywateli i państwa jest niemożliwa. Modelowanie w ten sposób wiedzy na temat pracy operacyjnej jest niegodziwe wobec społeczeństwa, ale przede wszystkim wobec funkcjonariuszy, którzy poświęcają swoje zawodowe życie służbie dla bezpieczeństwa obywateli. Widać wyraźnie, że podporządkowanie głównej tezie, iż CBA zasługuje na likwidację, nie zna kosztów bezpieczeństwa, dlatego bezrefleksyjnie prowadzi się medialną narrację, nie bacząc na naruszanie powszechnie obowiązujących zasad: domniemania niewinności, legalizmu, pewności prawa, domniemania konstytucyjności, ochrony zaufania obywateli do państwa, proporcjonalności ze względu na ochronę dobra Rzeczpospolitej Polskiej, wiedzy koniecznej tzw. need to know, i wielu innych reguł ustanowionych dla zabezpieczenia prawidłowości przeprowadzania przesłuchań procesowych, dobra postępowań toczących się równolegle na podstawie materiału dowodowego, pozyskanego przez służby w wyniku kontroli operacyjnej, a także dotyczących zarządzania ryzykiem w związku z ujawnianymi podatnościami istotnymi dla systemu bezpieczeństwa państwa.

    Należy również podkreślić, szczególnie dla zmanipulowanej opinii publicznej, iż nie mamy wątpliwości, że każde podejrzenie popełnienia przestępstwa również przez funkcjonariusza CBA powinno znaleźć swoje miejsce w prokuraturze, a każdy przepis prawa, który korzystał z zasady domniemania konstytucyjności, powinien zostać poprawiony, jeśli jego zastosowanie mogło rażąco przyczynić się do naruszenia powszechnie obowiązujących norm. Ale nie jest to wystarczający powód do medialnego linczu całej formacji i tym bardziej likwidacji, czyli zaprzepaszczenia profitów wynikających z prawdziwego dorobku CBA i inwestycji, które poniosło społeczeństwo polskie w związku z funkcjonowaniem niezależnej i wyspecjalizowanej służby.

    Kolejny aspekt opisywanej gry „służbą CBA” odnosi się do pozorów reformatorskiej inicjatywy. Medialność likwidacji CBA, którą zapewnia sobie Rząd po każdym etapie procedury legislacyjnej, daje mylne wrażenie, że reforma została przygotowane perfekcyjnie, bo Premier wypowiada zaklęcia, że bardzo poważnie traktuje walkę z korupcją, pozostawiając wrażenie, jakby działania w tym zakresie były dynamiczne i przybliżały do wątpliwych profitów zaproponowanej reformy. Owszem, dynamiczne i skuteczne były tylko starania, aby wpisać likwidację CBA w umowę koalicyjną i poddać ją dyktatowi kalendarza wyborczego z pełną świadomością, że półtora roku pozorów utrzymywanych do wyborów prezydenckich musi odcisnąć się na osłabieniu państwa w zakresie walki z korupcją. Medialne przekazy były bowiem jednoznaczne, że Prezydent RP nie podpisze ustawy, ze względu na brak merytorycznych przesłanek uzasadniających reformę polegającą na anihilacji wyspecjalizowanej służby. Należy więc zauważyć, że jeśli w powyższym zakresie nie było niedomówień, to brnięcie w likwidację CBA było działaniem z założenia podejmowanym bez skrupułów i kosztownym, ponieważ zmuszało cztery formacje, a więc CBA, Policję, KAS i ABW do absorbowania sił na przygotowania do zadań, których realizacja nie tylko została odsunięta w czasie, ale do teraz posiada status niepewnej, ponieważ nie można wykluczyć, że nowy prezydent będzie w tym zakresie podzielał zdania obecnie urzędującego. Zestawiając tę okoliczność z doniesieniami z różnych formacji, że priorytetem po roku rządów jest nadal poszukiwanie przysłowiowych „igieł w stogu siana”, żeby można było zasilać medialny proces rozliczeń obecnej opozycji parlamentarnej, jak również wyłamujących się z odwetowego paktu koalicyjnego, to bezsprzecznie łatwiej uwierzyć, że konsekwencja w realizacji tego osobliwego terminarza likwidacji CBA posiada wyłącznie charakter odwetowy.

    Trudno bowiem uwierzyć, że w stanie likwidacji instytucja jest w szczytowej formie swojej ustawowej działalności, przeznaczając pewną część swojego zasobu kadrowego i aktywów na organizację likwidacji samej siebie, szacując zapewne, że wielu funkcjonariuszy zmęczonych poczuciem niepewności jutra, odejdzie w styczniu 2025 r. W dwóch pierwszych miesiącach 2024 r. mogli oni jeszcze żyć w przeświadczeniu, że hasło wyborcze zostanie zweryfikowane przez rozsądek rządzących, ale nadzieje okazały się płonne. Pierwszy umowny termin likwidacji CBA był wyznaczony na 1 stycznia 2025 r., ale zaznaczyć należy, że w pakiecie przygotowawczym funkcjonowały terminy powołania odpowiednich pełnomocników, których zadania miały być zainicjowane kilka miesięcy wcześniej i zakończone w terminie wejścia w życie ustawy. Kolejne przesunięcia terminów są więc tylko przedłużeniem istniejących procesów, które rozpoczęły się na dobre w połowie bieżącego roku. Obecnie obowiązuje termin 1 lipca 2025 r., a niektóre przepisy mają wejść w życie 1 kwietnia 2025 r., co jest w całym przedsięwzięciu dość istotne, ponieważ rządzący dość pewnie ogłaszają, że „ma się wydarzyć to, co wydarzyć się ma”. Zważywszy, że 1 kwietnia 2025 r. wedle zapowiedzi będą obowiązywać przepisy wyprzedzające wejście w życie ustawy, która nie nabyła mocy obowiązującej, nie będąc najpóźniej w marcu podpisaną przez Prezydenta, czy to nie Prima Aprilis? Niestety nie, to przykład fragmentarycznej komunikacji na potrzeby zainteresowanej reformą opinii publicznej, wierzącej że wszystko odbywa się dynamicznie i zgodnie z planem.  Główne założenia reformy też nie napawają optymizmem, można streścić je do kilku decyzji o: rozproszeniu aktywów CBA i wypracowanego przez lata potencjału osobowego, wraz z przesunięciem w nowe miejsca, skazując go na przymusową adaptację, a więc licząc się również z jego utratą, natomiast organy przysposabiające ten rozproszony potencjał uszczęśliwia się wizją transformacji, w którą trzeba będzie inwestować w kilku miejscach, a nie w jednym, odsuwając myśl, że przy takiej strukturze walki ze zjawiskami korupcyjnymi, mitygowanie ryzyk w procesie zarządzania związanych m.in. z powielaniem kompetencji, mnożeniem szczebli decyzyjnych, dewaluacją odpowiedzialności, wyodrębnianiem się tzw. niczyich stref działania, to bardzo kosztowna inwestycja.

    Czytając projekt odnosi się wrażenie, że jego twórcy też podzielają wskazane wyżej ryzyka, ponieważ poprawione obecnie przepisy w przedmiocie właściwości rzeczowej poszczególnych beneficjentów likwidacji CBA (obecnie art. 159 projektu, w poprzednim art. 152), nadal nie zmieniły swojego poziomu ogólności i stwarzają wrażenie raczej dopasowywanych do istniejących ustaw kompetencyjnych niż przeanalizowanych dogłębnie pod kątem krzyżowania się uprawnień, odnotowywanych podczas wieloletniego współdziałania służb. Ponadto zapewnienia o wzmocnieniu koordynacji działań również nie budzą aplauzu, szczególnie w zakresie osłony antykorupcyjnej, których jakość nie wychodzi poza wprowadzenie pewnego prostego schematu: kto do kogo wnioskuje, kto wskazuje podmiot wiodący w działaniach osłonowych, ile razy na rok aktualizowany jest wykaz przedsięwzięć osłonowych, to jest układającego się w organizacyjną mikroprocedurę, która pozostaje w luźnym związku z zapewnieniami z „Uzasadnienia” do projektu ustawy, że koordynacja ta „przełoży się na umiejętne wdrożenie, w strukturach i obszarach właściwości rzeczowej im przyporządkowanej, miarodajnej i efektywnej profilaktyki przeciwdziałania zjawiskom korupcjogennym poprzez ciągłe działania edukacyjne i informacyjne. Z kolei rozłożenie ciężaru walki z korupcją na kilka instytucji pozwoli w przypadku wykrycia tego rodzaju przestępstw na podejmowanie skutecznych, profesjonalnych i w pełni niezależnych działań ukierunkowanych na ściganie faktycznych sprawców przestępstw korupcyjnych, nie zaś realizowania czynności wpisujących się w walkę polityczną”. Trudno w projekcie również znaleźć kompleksowe rozwiązania, umożliwiające obniżenie ryzyka zdarzeń istotnych dla bezpieczeństwa państwa wymagających precyzyjnej koordynacji, ponieważ projekt nie przewiduje rozwiązań odnoszących się do efektywnej struktury nadzoru i koordynacji działań Premiera nad formacjami, podlegającymi Ministrowi Spraw Wewnętrznych i Administracji, Koordynatorowi Służb Specjalnych i Ministrowi Obrony Narodowej, ale również Ministrowi Sprawiedliwości, Ministrowi Finansów, zważywszy, że realizacja każdej osłony, w tym antykorupcyjnej jest zawsze testem dla kompatybilności działań wszystkich resortów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa. W tej części może warto jeszcze odnotować nie całkiem złośliwie, że jest jedna niewielka zmiana, która może świadczyć o tym, że machina legislacyjna dostrzegła dysonans między tekstem ustawy a szumnymi zapowiedziami rozsiewanymi medialnie o profitach likwidacji CBA. Zmieniono bowiem tytuł ustawy, z poprzedniej nazwy „ustawa o wzmocnieniu koordynacji działań antykorupcyjnych, likwidacji Centralnego Biura Antykorupcyjnego oraz zmianie niektórych ustaw”, wyrzucając ostatnią frazę i usuwającw wyrażeniu  „o wzmocnieniu koordynacji” rzeczownik „wzmocnieniu”, co dla niniejszej opinii również wydaje się istotne. Trudno bowiem nie zauważać, że poważne problemy kadrowe w KAS, Policji i CBA, czy też niekorzystne statystyki, szczególnie dotyczące wzrostu liczby fikcyjnych faktur przez ostatni rok i spadających zysków z działalności spółek z kapitałem skarbu państwa, pozostają między sobą w korelacji. Uważamy, że proces uporczywego likwidowania CBA i związanej z nim transformacji pozostałych służb, już obniżył poziom efektywnej walki z korupcją, dlatego licząc na solidarne wsparcie opinii publicznej, a nade wszystko funkcjonariuszy innych formacji, nie tylko jesteśmy przeciwni likwidacji CBA, ale również postulujemy o odpowiednią dystrybucję środków finansowych, w celu kadrowego zasilenia wskazanych wyżej formacji. 

    Na koniec warto podzielić się smutną refleksją, że zapowiadany kierunek zmian jest fasadowy i nie łączy się z nową jakością funkcjonowania polityki antykorupcyjnej, której przedsmak prezentowany jest w projekcie dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zwalczania korupcji, zastępująca decyzję ramową Rady 2003/568/WSiSW oraz Konwencję w sprawie zwalczania korupcji urzędników Wspólnot Europejskich i urzędników państw członkowskich Unii Europejskiej oraz zmieniająca dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2017/1371 [1], do lektury której zachęcamy, biorąc pod uwagę, że niedługo będzie wymagała implementacji do krajowego porządku prawnego i nie ma obecnie przeszkód, aby przystosowywać się do rozwiązań w niej prezentowanych, chroniąc się przed ponoszeniem w przyszłości dodatkowych kosztów transformacji struktur antykorupcyjnych w państwie, tylko dlatego, że obecnie rządzący nie przewidują istnienia niezależnej wyspecjalizowanej służby antykorupcyjnej.

    Odwołując się przykładowo do art. 4 ww. dyrektywy w sprawie zwalczania korupcji, po poprawce zgłoszonej w lutym 2024 r., można odnotować kierunek, w którym państwa członkowskie powinny podążać, wykazując dbałość o to, aby ich wyspecjalizowane organy: były niezależne od rządu i zdolne do samodzielnego podejmowania decyzji w indywidualnych przypadkach, wykonywały swoje funkcje wolne od nieuzasadnionych wpływów politycznych i stale dysponowały wystarczająco licznym wykwalifikowanym personelem, w tym na szczeblu operacyjnym, oraz zasobami finansowymi, technicznymi i technologicznymi, jak również uprawnieniami i narzędziami niezbędnymi do zapewnienia skutecznego wykonywania powierzonych im zadań oraz właściwego nimi administrowania [2], jak również: aa) były zarządzane przez członka wykonawczego lub członków wykonawczych, którzy – podczas wykonywania swoich zadań i korzystania z przysługujących im uprawnień zgodnie z niniejszą dyrektywą – pozostają wolni od bezpośrednich lub pośrednich wpływów zewnętrznych i nie zwracają się o instrukcje do żadnej osoby fizycznej lub prawnej ani ich nie przyjmują oraz którym zapewnia się odpowiednią i wystarczającą kadencję gwarantującą niezależność polityczną; członek wykonawczy lub członkowie wykonawczy są powoływani w drodze przejrzystej, otwartej i niedyskryminującej procedury zgodnie z zasadą nadzoru legislacyjnego; kryteria wyboru muszą być przewidywalne i znane nie później niż rok przed planowanym powołaniem [3]. Trudno więc uznać, że rozproszony system walki z korupcją fundowany przez obecną władzę, bez głównej służby dedykowanej wyłącznie do ścigania korupcji na szczytach władzy i dla ochrony ekonomicznych interesów państwa, będzie w stanie sprostać szerokiemu zakresowi działań antykorupcyjnych przewidzianych przez tę dyrektywę.

    Mamy również nadzieję, że ten zbiorowy proces medialny, którym sterują obecnie rządzący, a który w przyszłości z pewnością będzie obszarem naukowych dociekań socjologów badających zjawiska społecznego linczu, zostanie przerwany pod wpływem tej samej opinii publicznej, która osiemnaście lat temu była zgodna w kwestii utworzenia Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Potrzebujemy sprzeciwu obywateli i zakończenia działań godzących w dobre imię i godności zupełnie niewinnych funkcjonariuszy, którzy z poświęceniem służą i służyli dobru społeczeństwa, w myśl składanej przysięgi i w imię bezkompromisowej oraz niezależnej walki, ponieważ zjawiska korupcji uderzają w samo serce demokracji, naruszając jej podstawowe zasady, a mianowicie równość, przejrzystość, uczciwość, bezstronność, legalność i sprawiedliwą redystrybucję bogactwa. Mają one wyjątkowo szkodliwe skutki gospodarcze, takie jak zwiększone wydatki publiczne w wyniku interwencji pozbawionych rzeczywistego interesu, które przynoszą korzyści osobom prywatnym, zniechęcają inwestorów i zakłócają reguły konkurencji [4]. Zwalczanie korupcji ma zasadnicze znaczenie dla poprawy jakości demokracji i pełnej realizacji praworządności. Uznaje się, że zasadnicze znaczenie dla dobrej strategii antykorupcyjnej ma działanie przed zjawiskiem, zapobiegające sytuacjom, które generują praktyki korupcyjne [5].


    [1] https://eur-lex.europa.eu/legal-content/EN/TXT/?uri=COM%3A2023%3A234%3AFIN [11.12.2024]

    [2] PROJEKT REZOLUCJI USTAWODAWCZEJ PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO, wniosek dotyczący dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zwalczania korupcji, zastępującej decyzję ramową Rady 2003/568/WSiSW oraz Konwencję w sprawie zwalczania korupcji urzędników Wspólnot Europejskich i urzędników państw członkowskich Unii Europejskiej oraz zmieniającej dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2017/1371(COM(2023)0234 – C9‑0162/2023 – 2023/0135(COD), [W:]  SPRAWOZDANIE w sprawie wniosku dotyczącego dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zwalczania korupcji, zastępującej decyzję ramową Rady 2003/568/WSiSW oraz Konwencję w sprawie zwalczania korupcji urzędników Wspólnot Europejskich i urzędników państw członkowskich Unii Europejskiej oraz zmieniającej dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2017/1371, Projekt Rezolucji….., poprawka 82 do art. 4 ust.3 lit. a, https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/A-9-2024-0048_PL.html .

    [3] Tamże, poprawka 83 do art. 4 ust. 3 lit. aa nowa.

    [4] Projekt rezolucji …, Poprawka 8 do Motywu 5c nowy.

    [5] Tamże, Poprawka 2 do Motywu 1b nowy.